Dyrektor Marian Kruczkowski

Przyznaję, że przystępuję do opisu wydarzeń związanych z realizacją wydania z Mundialu' 78 bez entuzjazmu, wręcz z niechęcią. Wszystko co tu napiszę jest dla mnie bardzo nieprzyjemne i bolesne. Postanowiłem jednak przedstawić prawdę. więc nie mogę sprzeniewierzyć się własnym zobowiązaniom. Powrócę tedy na chwilę do Montrealu i przypomnę, że w przeddzień naszego przylotu na Olimpiadę konsul generalny i minister pełnomocny PRL w Kanadzie, Marian Kruczkowski, odleciał ze stolicy igrzysk, ściślej został odwołany i odesłany do kraju. Po powrocie do Warszawy natychmiast odwiedziłem go w lecznicy Ministerstwa Zdrowia, gdzie przechodził rekonwalescencję po wielkim wstrząsie psychicznym. Potem, gdy opuścił szpital, służyłem mu pomocą, woziłem go i jego żonę własnym samochodem po Warszawie, wyjeżdżaliśmy za miasto. Na moje zachowanie zwrócił uwagę, Wacław Barszczewski, z Biura Prasy KC PZPR, pytając mnie wprost, dlaczego tak ostentacyjnie demonstruję swoją przyjaźń do Mariana? Odpowiedziałem mu pytaniem: czy statut partii zabrania utrzymywania kontaktów z osobami chorymi bądź przyjaciółmi, którym się nie powiodło? Piszę o tym dość szczegółowo, bo moje zachowanie wobec Mariana miało w przyszłości skomplikować mi życie. Dodam jeszcze, że najbliższa jego rodzina nie wiedziała, dlaczego został odwołany z placówki. Zadzwonił bowiem do mnie jego brat, Tolek, z pytaniem, co wiem o odwołaniu Mariana z Montrealu? Przekazałem mu wtedy jedyny, jaki posiadałem, egzemplarz folderu z artykułem pana Brzezińskiego. Po rekonwalescencji Marian Kruczkowski podjął pracę w Zarządzie Głównym „RSW Prasa, Książka, Ruch". Pracowała tam moja żona, więc miałem każdego dnia najświeższe wiadomości o jego samopoczuciu. Renia przekonywała mnie, że Marian w RSW po prostu się męczy. Cierpienie polegało m.in. na tym, że musiał sobie sam ze wszystkim radzić, nie miał bowiem ani jednej sekretarki, podczas gdy w Wydziale Prasy KC w jego sekretariacie pracowały aż trzy panie, na zmianę oczywiście. W konsulacie telefony odbierała i łączyła także sekretarka. Zdarzało się więc, że Marian prosił często, Renię, moją żonę, aby go z kimś połączyła. Bardzo przeżywał fakt, że do swojego pokoju musiał przechodzić przez pokój, w którym pracowało kilka osób. Problem ten został rozwiązany, bo po pewnym czasie przebito drzwi do jego pokoju prosto z korytarza. Ale cierpienia byłego kierownika wydziału KC nie ustawały, choć prawdę mówiąc w większości wynikały z dygnitarskich nawyków. Oto pewnego wieczoru moja żona i Marian wybrali się do teatru. W czasie przerwy przechadzał się po foyer - jak Lenin w filmach - z rękami złożonymi do tyłu i bardzo głośno opowiadał o tym, jakie podejmował decyzje, gdy był kierownikiem, a po spektaklu po taksówkę posłał Renię. Pocieszałem ją, że z czasem przystosuje się do życia normalnego człowieka... a nawet je polubi. I wtedy nadarzyła się okazja. W Wytwórni Filmów Dokumentalnych miała nastąpić zmiana dyrektora. Wprawdzie nominacja dyrektora wytwórni musiała być uzgodniona z Wydziałem Kultury KC PZPR, ale ze względu na kronikę Wydział Prasy, tak sądziłem, miał też coś do powiedzenia. Przeprowadziłem na ten temat rozmowę z kierownikiem kancelarii Jerzego Łukaszewicza, Józefem Trzcińskim, i zasugerowałem, że Marian nadaje się na to stanowisko jak nikt inny. Po kilku dniach sekretarz KC, Jerzy Łukaszewicz, zapytał mnie czy pomogę Marianowi, jeśli zostanie powołany na dyrektora WFD? Odpowiedziałem, że gdyby zaszła taka potrzeba, to pomogę mu bardzo chętnie, ale sądzę, iż poradzi sobie doskonale na tym stanowisku beze mnie. Nie przypuszczałem, że w kilka dni po nominacji dojdzie do pierwszego spięcia. W dzień po objęciu funkcji dyrektora WFD przez Mariana Kruczkowskiego wyjechałem na prośbę FSO i za pieniądze zakładu do Bułgarii na festiwal filmów reklamowych, który odbywał się w Warnie i trwał trzy dni. Po powrocie na Chełmską zadzwonił do mnie Maciej Cieśliński, z Wydziału Prasy, wówczas aktualny opiekun Polskiej Kroniki Filmowej i zaproponował: jeśli masz czas, wpadnij do mnie na kilka minut. Kiedy zjawiłem się w jego pokoju, oświadczył ze śmiertelną powagą, że wpłynęła na mnie skarga. Byłem do tego przyzwyczajony, bowiem choćby tylko z WFD, pisali na mnie skargi, pani Jadwiga Zaiczek, Roman Wionczek i kilku reżyserów, których nazwiska, aż wstyd się przyznać, uleciały mi z pamięci. - Skarży się na ciebie - mówił Maciek Cieśliński - dyrektor Marian Kruczkowski. Pojechałeś do Bułgarii bez jego zezwolenia! Widząc moje zaskoczenie dodał: narobiłeś sobie nie lada kłopotu, obawiam się, że to dopiero początek - znał on wszak swojego byłego szefa. Kiedy po powrocie z KC, pojawiłem się w sekretariacie dyrektora Kruczkowskiego, pani Jaga powiedziała, że muszę poczekać. - Ktoś jest u dyrektora? - Nie ma nikogo, gdy dyrektor zechce pana przyjąć, zadzwonię natychmiast. W rozmowie, w gabinecie dyrektora, w cztery oczy, wyjaśniliśmy sobie, po przyjacielsku, co było do wyjaśnienia. Po kilku dniach dyrektor poprosił mnie do siebie, wyciągnął z szuflady rachunek przysłany z wytwórni filmowej z Moskwy, położył go przede mną i powiedział: podpisz. Znałem ten papier na pamięć, już poprzednik Mariana Kruczkowskiego zachęcał mnie do podpisania rachunku. Odmówiłem. Swego czasu ekipa Polskiej Kroniki Filmowej z Piotrem Halbersztatem, wyjechała do ZSRR, aby sfilmować pięć fabryk kwasu siarkowego, które tam zbudowała Polska. PKF na zlecenie Polimexu CEKOP-u miała zrealizować reklamówkę. Sfilmowaliśmy trzy fabryki, a rachunek opiewał na pięć obiektów. Dlatego powiedziałem Marianowi, że nie podpiszę. - Jak to, radzieckim nie podpiszesz - zapytał Kruczkowski i nie czekając na moją odpowiedź demonstracyjnie, własnoręcznie złożył na rachunku swój dyrektorski podpis. Prawdopodobnie postąpił tak, bo mu bardzo zależało na wizycie w Moskwie. Nie tylko jemu, wielu w owych czasach po nominacjach pielgrzymowało do Moskwy. Oczywiście, dyrektor prosił mnie o załatwienie tego wyjazdu. Tak się dziwnie złożyło, że w trzy, a może w cztery tygodnie po podpisaniu rachunku, Maria Dehn, poinformowała, że dyrektora Kruczkowskiego i mnie oczekują w Moskwie. I tu podała dokładną datę i godzinę spotkania. Wylecieliśmy pierwszy porannym samolotem. Spotkanie w wytwórni moskiewskiej przebiegało wedle ustalonego schematu: rozmowy oficjalne, potem obiad, a wieczorem kolacja w „Dom Kino", na którą zaprosił nas Jurij Awietikow. Już po kilku toastach Jurij zwracając się do mnie zapytał: wytłumacz mi Mirosław, dlaczego po tylu miesiącach podpisałeś ten nieszczęsny rachunek? Przecież my wyrzuciliśmy z pracy nieuczciwego kierownika produkcji kiedy tylko zorientowaliśmy się, że wystawił go niezgodnie z prawdą? - Nie powiadomiliście nas o tym i nie ja rachunek podpisałem. Skoro nieuczciwego wyrzuciliście, proponuję wypijmy za uczciwych i nie wracajmy więcej do tego tematu. Pobyt w Moskwie upłynął nam na spotkaniach i toastach, w wolnych chwilach obejrzeliśmy kilka doskonałych filmów dokumentalnych. W teatrze „Na Tagance" wysłuchaliśmy koncertu Władimira Wysockiego. A prywatnie jeden wieczór spędziliśmy w „Aragwi", gruzińskiej restauracji cieszącej się renomą nie tylko w Moskwie. Wracaliśmy do Warszawy zadowoleni, Marian dlatego, że zaliczył Moskwę, ja, bo sądziłem, iż wszelkie nieporozumienia mamy już za sobą! Myliłem się okrutnie. W kilka dni po powrocie dyrektor poprosił mnie do siebie i zakomunikował, że do działu zagranicznego przyjmuje nową pracownicę. - Utworzyłeś nowy dział - zapytałem. - Musimy wzmocnić dział zagraniczny w kronice. - Jest już dostatecznie mocny. Żadnego wniosku nie podpiszę. Marian uwielbiał wydawać polecenia. Wyglądało to mniej więcej tak: -Zrób obrady zjazdu spółdzielczości mieszkaniowej. - Chciałbyś to oglądać w kinie? - Zrób, Kukuryka to nasz człowiek. W „Adrii" występował kabaret Józefa Prutkowskiego. - Skręć cały występ. - Marianie, czy wiesz, ile trzeba zużyć taśmy na cały spektakl? - Taśma się nie liczy. - Daj polecenie na piśmie. Nie dał. Aż pewnego dnia stanęła przede mną pani redaktor Janina Motylińska. - Panie redaktorze, jak się nazywa ten zespół pieśni i tańca, który mam filmować. - Jaki zespół, pani Janko? - Dyrektor Kruczkowski spotkał mnie na korytarzu i powiedział, że na polecenie ministra mam sfilmować zespół pieśni i tańca. - Proszę zatem zapytać pana dyrektora. Długa jest lista, takich i tym podobnych poleceń... Oto pewnego dnia pojawiła się w redakcji pani z działu kadr z dwoma listami obecności, jedną dla dziennikarzy, drugą dla operatorów. Proszę od jutra podpisywać listy i, aby nikt nie miał wątpliwości, dodała: to polecenie pana dyrektora! Niedziela, z Maćkiem Cieślińskim jedziemy na ryby. Nad rzeką, między braniami, opowiadam mu o pomysłach dyrektora. Maciek śmieje się w głos: sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało. Poniedziałek. Do mojego pokoju wkracza Ela Zawistowska, a z nią dziennikarze i operatorzy. Ela jest delegatem redakcji w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. - Nie będziemy podpisywać żadnej listy obecności! Pracujemy tu dłużej niż ty i pan dyrektor. Mamy nienormowany czas pracy, nikt nam za nadgodziny nie płaci. Kilka burzliwych wypowiedzi. Odwołujemy się do SDP. Redakcja solidarnie, jak jeden mąż, podpisuje protest. Ze stowarzyszenia po trzech dniach otrzymujemy odpowiedź: „dyrektor narusza prawo." Listy obecności do kosza! W jakimś sensie, to zdarzenie umocniło i zespoliło redakcję, co miało okazać się w nadchodzących czasach wartością nie do przecenienia. Tymczasem mój przyjaciel, Marian Kruczkowski, zamierzał mnie zwolnić z pracy. Dowiedziałem się o tym od mojej córki Ewy, a ona od swojej koleżanki Małgosi, która uczestniczyła w kolacji u państwa Kruczkowskich, gdzie Marian poinformował swoich gości o tym, że zamierza mnie wyrzucić z Kroniki. Ewa poinformowała mnie, że Małgosia, która u nas często bywała opowie mi przebieg kolacji w szczegółach. Nie skorzystałem z propozycji. Nie zamierzałem urządzać magla, ale miałem się już od tej pory na baczności. Postanowiłem unikać otwartych starć, z dwóch powodów, to przecież ja przyczyniłem się do tego, że Kruczkowski został dyrektorem, sądziłem, że uda się przeczekać, miałem bowiem nadzieję, że w końcu dojdziemy do jakiegoś porozumienia. Drugi powód wynikał z tego, że nie wypadało, aby dwóch członków partii prowadziło ze sobą „wojnę." Toteż zgodziłem się, gdy zaproponował, aby Janusz Otamara został moim zastępcą, choć redaktor Janusz Kędzierzawski nie potrzebował pomocnika. Przyjąłem propozycję dyrektora bez oporów, bo mogłem w ten sposób podwyższyć pensję swojemu koledze ze studiów. Janusz Otamara na studiach nazywał się Nowak i uchodził na Wydziale Dziennikarskim za dziwaka. Nazywano go „Kanapa", chyba dlatego, że w owych siermiężnych i surowych czasach nosił kurtkę pochodzenia zagranicznego w wielką kratę. Po wielu latach od zakończenia studiów zjawił się kiedyś redakcji PKF i powiedział: przyjacielu, nie mam z czego żyć, proszę cię bardzo przyjmij mnie do pracy. Był to drugi przypadek, gdy zatrudniłem w redakcji kolegę ze studiów. Pierwszym kolegą, który poprosił mnie o pracę był Jurek Maczkowski, zwolniony z Polskiego Radia. Studiowaliśmy przez cztery lata w jednej grupie, słuchałem często jego audycji w Polskim Radiu, nie zapytałem go nawet o przyczyny zwolnienia. Później okazało się, że Jurek ciężko chorował już w chwili, gdy zmuszono go, by pożegnał się z mikrofonem. Pracując w PKF przeszedł bardzo ciężką operację i gdy się zdawało, że wygrał z chorobą wtedy dopadła go śmierć. Janusz Otamara, gdy go zapytałem, dlaczego teraz nazywa się inaczej niż na studiach, powiedział mi, że powrócił do nazwiska rodowego, które w czasie naszych studiów było źle notowane, z tego powodu, iż miało znaczenie wśród Tatarów, gdzie tkwiły jego korzenie. Awans zaskoczył go niezmiernie i ucieszył, to oczywiste. Odnosiłem wrażenie, że od chwili awansu poprawiły się relacje z Marianem Kruczkowskim. Chociaż nigdy nie wróciły już do stanu z lat wcześniejszych. Dyrektor nabierał rozmachu, powołał radę programową wytwórni, w której także znalazło się dla mnie miejsce. Rada na swym pierwszym posiedzeniu miała zatwierdzić program WFD i z pewnością uczyniłaby to bez większych ceregieli gdyby nie Włodzimierz Sokorski, którego do Rady Programowej Wytwórni Filmów Dokumentalnych zaprosił Marian Kruczkowski. Znany z błyskotliwej inteligencji Sokorski poddał krytyce założenia programowe, a punkt mówiący o „umocnieniu rodziny socjalistycznej" bezlitośnie wyśmiał, czym sprawił zapewne przykrość autorom programu i uchronił naszych znakomitych artystów dokumentu od odrabiania zadanej, a niewdzięcznej lekcji. Nie pamiętam, czy rada zbierała się jeszcze po falstarcie, w każdym bądź razie nie brałem w niej już nigdy udziału. Relacje z dyrektorem zaczęły układać się w miarę normalnie aż do powrotu z Argentyny. Od tego momentu straciłem złudzenia, że możemy współpracować. Nie pogodziłem się z tym, co się stało, z niespotykanym dotąd opóźnieniem w realizacji wydania z Mundialu 78, z poderwaniem autorytetu Polskiej Kroniki Filmowej, jakim cieszyła się nie tylko w Europie. Na kongresie INA w Moskwie wyświetlono wydanie kroniki 32/ 78 A/B, „Mundial 78". Spotkało się ono z bardzo dobrym przyjęciem kronikarzy z całego świata. Była to dla mnie gorzka satysfakcja. Działalność programowa dyrektora zaczynała wzbudzać, we wrażliwym i co tu ukrywać niechętnym władzy środowisku dokumentalistów początkowo nieżyczliwe komentarze, potem otwartą krytykę, zakończoną ostrym konfliktem. Tymczasem nadszedł rok 1979. W lutym pojawił się w redakcji PKF zespół w składzie: M. Starczewski, A. Gilewski, M. Sobieska i Z. Piątkowska, wspierany przez konsultantów: dr A. Szczyrka i red. T. Miłkowskiego. Gremium to przystąpiło do oceny Polskiej Kroniki Filmowej. W przygotowanym elaboracie na 22 stronach wyliczyło wady i potknięcia zespołu kroniki, zauważyło także „osiągnięcia i dorobek", których zespół wolałby nie mieć. Słowem, gdyby redakcja usiłowała zrealizować wskazania zawarte w ocenie, z pewnością straciłaby dużą część widzów i swoją popularność. Co się urzędowym recenzentom w kronice nie podobało? Główny zarzut brzmiał następująco: „..nie udało się Kronice wypracować modelu filmowania i prezentowania problematyki stricte politycznej - zwłaszcza trudnej, ale nie niemożliwej przecież do atrakcyjnego pokazania, działalności partii, jej podstawowych gremiów, nie w trakcie uroczystych obrad, lecz w czasie codziennej pracy i działania; problematyki demokracji socjalistycznej realizującej się w praktyce dnia..." Groźnie brzmiał zarzut o: „ ...istotnej deformacji świata przedstawianego widzom przez PKF. Z jednej strony- pisali autorzy - mamy sztucznie idylliczny obraz innych krajów socjalistycznych, z którego w konfrontacji z problematyką krajową wynika, iż to tylko Polska ma rozliczne problemy i trudności. Z drugiej zasygnalizowany jedynie i, przez ową niezauważalną wręcz ilość, nieprzekonywujący obraz kryzysu społeczno - gospodarczego krajów burżuazyjnych, przytłumiony jeszcze natłokiem materiałów, z których wynika, iż świat wokół nas to świat bawiący się, beztroski, używający życia, ekstrawagancji, świat bezproblemowy". Na zakończenie tych wywodów przywalono nam z grubej rury: „W okresie, gdy problem konfrontacji ideologicznej jest jednym z węzłowych zagadnień naszego życia społeczno - politycznego, w tym także stanowi wytyczną dla publicystyki międzynarodowej wszystkich środków masowego przekazu, przyjęta przez redakcję PKF formuła nie powinna być dalej realizowana w tej postaci. Mimo wszystkich trudności niezbędne jest znaczne rozszerzenie serwisu międzynarodowego ( z kronik obcych) obnażającego okiem kamery fakty, zjawiska i problemy wskazujące na kryzys polityczny, gospodarczy, kulturalny społeczeństw burżuazyjnych. Niezbędna jest również bardziej wnikliwa selekcja materiałów ciekawostkowych. Nawet, jeżeli widz łaknie tego typu rozrywki i oczekuje jej od Kroniki..." (podkr. M.Ch). Przydługie fragmenty tej oceny przytoczyłem po to, aby osobom interesującym się okresem PRL ułatwić zrozumienie, w jakich warunkach Kronika wówczas pracowała i czego od niej oczekiwała administracja państwowa. Zespół Polskiej Kroniki Filmowej polemizował z niektórymi tezami zawartymi w ocenie. Wypowiedzi redaktorów i operatorów cytuję za protokółem. Piotr Halbersztat powiedział: „...Korzystamy w naszym magazynie z tych ciekawostek, bo zdajemy sobie sprawę, że widz przychodzi do kina, żeby się rozerwać. Wieloletnia praktyka nauczyła nas, że ważkie i ważne treści należy podawać w takiej formie, żeby wśród spraw mniej istotnych, często właśnie „michałków", zawierać treści poważne, które chcemy widzom przekazać. Widzowie lubią te ciekawostki, domagają się ich pokazywania i wydaje mi się, że nie ma w tym nic zdrożnego. Trzeba przecież liczyć się z tym, że widownia kin to najbardziej masowy odbiorca, któremu w ramach filmowej gazety także trzeba dać coś relaksowego. Wnioski wyciągnięte z tego, że pokazujemy ciekawostki są moim zdaniem przesadne i krzywdzące zespół". Elżbieta Zawistowska: „Widz nie jest zmuszany do oglądania kroniki. Niektórzy zniechęceni nudnymi tematami przychodzą po kronice do kina. Nie należy, więc zniechęcać widzów. To narzuca pewien sposób pokazywania tematów. Statyczność tematów teatralnych wynika m.in. z tego, że reportaże te robimy po spektaklu. Musimy się, więc spieszyć, bo wszyscy są zmęczeni. Ekipie technicznej mamy prawo płacić za obsługę tylko 57 zł. Za te pieniądze nikt nie chce dłużej pracować, często do późnych godzin nocnych. Nie można, więc przestawić sprzętu, żeby urozmaicić zdjęcia. Jakość sprzętu narzuca sposób pracy. Przy filmowaniu spektaklu należy brać pod uwagę jego wartość archiwalną. Lepiej, więc pokazywać dobre rzeczy, niż złe - i je krytykować. Dodatkowo pracę w teatrze utrudnia fakt, że TV płaci wszystkim wykonawcom spektaklu odpowiednie stawki, natomiast PKF może płacić jedynie ekipie technicznej". Witold Jabłoński: „Większość ekip PKF wyjeżdża tylko przy okazji, jak np. wizyta rządowa, lub tzw. wyjazdy fundowane przez LOT, ORBIS lub inne instytucje... Przy wyjazdach tych ekipa nie ma możliwości samodzielnego poruszania się (brak transportu). Zbigniew Skoczek powiedział, że z delegacjami rządowymi wysyła się najczęściej operatora, „...odbija się to na poziomie pracy. Ciężki sprzęt, ważący ok. 20 kg. Zwłaszcza w warunkach tropikalnych nie pozwala na szybkie tempo pracy i często bywa przyczyną wypadków... Pracę swoją wykonuje się mechanicznie i z wysiłkiem." Janina Motylińska: „...odbiór sztuki jest rzeczą gustu i nie można narzucać własnego zdania. Jako przykład podała krytyczny temat o wystawie sztuki współczesnej... ( w PKF podkr. M.Ch), prasa dała pozytywne recenzje". Maryla Góralczyk: „Jeśli chodzi o sylwetkę człowieka pracy jest to szalenie trudna sprawa. Trzeba pokonać najpierw szereg barier nim się do niego dotrze". Barbara Dudkiewicz: „Musimy mieć możliwości techniczne, a nie borykać się ustawicznie z brakiem sprzętu, taśmy, transportu. Doskonalenie kroniki, to sprawa lepszego sprzętu". Krystyna Targosz: „...sylwetki, tematy krytyczne, felietony. Rzetelne opracowanie tego typu tematu wymaga od redaktora PKF przeciętnie 2 tygodnie pracy, pracy trudniejszej, niż przy pozostałym typie tematów. Większego skupienia, pomysłu, inteligencji. Szef PKF nie ma możliwości uhonorowania finansowego wysiłku redaktora..., tak jak to mają redaktorzy naczelni innych redakcji. Górny pułap możliwości wyceny tematu wynosi 600 zł. czyli redaktor podejmujący ambitne tematy - po prostu nie zarabia. Druga sprawa - limity hoteli. Redaktorzy PKF dostają polecenia wyjazdu w teren bez względu na to, czy hotele mieszczące się w limicie - dysponują miejscami". Stanisław Fiuk: „...stawki dziennikarskie ustalone kilka lat temu jak dotąd nie zostały objęte żadną regulacją płac. Nie zawsze potrafimy pokazać partię w działaniu...najlepiej wychodzi to na wsi". Marta Broczkowska: „Ilustracja muzyczna kronik jest sprawą ważną - podnosi ich atrakcyjność. Trudności fonoteki polegają na b. ograniczonych i skąpych zasobach fonetycznych. Trzeba przestrzegać ściśle praw autorskich i wykonawczych. Koszty nagrania muzyki b. drożeją i wobec tego ilość zakupywanych nagrań jest niewspółmiernie niska w stosunku do potrzeb". Oto jak postulaty i rady autorów oceny zderzyły się z mizerią realiów. Jeszcze tylko kilka zdań z wystąpień przedstawicieli Wydziału Prasy. Aby nie było wątpliwości, po co się spotkaliśmy już na początku zebrania przedstawiciel Wydziału Prasy powiedział jasno i dobitnie. Sięgam do protokółu: „ Zebranie zagaił redaktor naczelny PKF - Mirosław Chrzanowski, po czym oddał głos tow. Kaszewskiemu, który stwierdził, że w naradzie tej nie będzie chodziło o globalną ocenę PKF, ale o wynalezienie metod doskonalenia modelu ideowego i estetycznego PKF." Tadeusz Zaręba (wydział Prasy KC PZPR) zaś, zabierając głos w dyskusji, zauważył, że w kronice: „...należy widzieć...siłę a nie słabość. Problem kultury jest jednym z najsilniejszych punktów kroniki. Silnym punktem jest problematyka społeczno - polityczna. Do mocnych punktów zalicza się kronikę monotematyczną, gdzie widać myśl, koncepcję. Zwrócił uwagę -czytamy w protokóle- na celny zestaw tematów wywołujący dodatkowy podtekst, np. dobre zderzenie tematów: Polak w kosmosie i przeciekający dach". „ Głos zabrał tow. Gruszecki, (Wydział Prasy KC PZPR) oznajmiając, że żadne decyzje w sprawie częstotliwości wychodzenia PKF nie zapadły". W ten sposób przedstawiciele Wydziału Prasy powstrzymali zamierzenia administracji. Dziwne, ale zupełnie nie pamiętałem tej oceny. Przypomniała mi ją, (na początku 2007 roku) pani, Inga Leśniewska, doktorantka z Wydziału Historii Uniwersytetu Wrocławskiego. Materiały znalazła w Archiwum Akt Nowych, w dziale Naczelnego Zarządu Kinematografii. W spotkaniu poświęconym ocenie PKF 3 maja 1979 roku, jak wynika z protokołu udział wzięli: A. Juniewicz - wiceminister kultury i sztuki, K. Gruszecki, J. Kaszewski i T. Zaręba z Wydziału Prasy KC, zespół oceniający, kolegium PKF, dyrektor naczelny WFD - M. Kruczkowski oraz redakcja Polskiej Kroniki Filmowej. Ten skład, (aż trzech przedstawicieli Wydziału Prasy) wskazuje na to, iż inspiracja oceny PKF wyszła z administracji rządowej, gdzie przyjaciół kroniki można było policzyć na palcach jednej dłoni. Wiceminister A. Juniewicz po tej ocenie odrzucił wnioski redakcji o odznaczenia państwowe, z którymi wystąpiłem do Ministra Kultury i Sztuki, aby z okazji 35-lecia PRL i 35 rocznicy ukazania się Polskiej Kroniki Filmowej odznaczyć najbardziej zasłużonych pracowników. Na szczęście Staszek Romanowski z Wydziału Prasy wybrał się ze mną w tej sprawie do Zygmunta Najdowskiego, ministra kultury i sztuki. Minister podjął nas kawą, ciasteczkami i koniakiem. Polecił pani z sekretariatu, aby poprosiła dyrektora departamentu kadr wraz z wnioskami kroniki o odznaczenie pracowników. Po kilku minutach dyrektor pojawił się w gabinecie. Minister spojrzał na teczki i zapytał, czy to aby wszystkie. Dyrektor potwierdził, a minister na jego oczach podpisał wnioski. Jeszcze większe zdziwienie przeżył, ów dyrektor, gdy po kilku dniach Biuro Odznaczeń Rady Państwa poinformowało go, że odznaczenia dla PKF są już do odebrania. Marian Kruczkowski wyraźnie podupadał na zdrowiu. Zaczęły się burzliwe lata, w których przestał sobie radzić. Wykorzystali ten fakt ludzie niechętni członkom partii, a tym bardziej osobie pełniącej w przeszłości wysoką funkcję w aparacie KC PZPR. Zaatakowano dyrektora pod pretekstem, że wykonanie planu produkcyjnego jest poważnie zagrożone i jemu przypisano całą winę. „Solidarność" i nowo powstały samorząd artystyczny błędy realnego socjalizmu przypisały Kruczkowskiemu właśnie. Organizacja partyjna w Wytwórni Filmów Dokumentalnych nie mogła przejść wobec tego obojętnie, na zebraniu 14 listopada 1981 roku powołała zespół do zbadania sprawy. Mimo moich tłumaczeń i próśb, powierzyła mi przewodnictwo tego zespołu. Znalazłem się w bardzo niezręcznej sytuacji, miałem zająć stanowisko w sprawie człowieka, z którym w przeszłości łączyły mnie bliskie związki przyjacielskie, a gdy został dyrektorem WFD różniliśmy się często między sobą i dochodziło między nami do ostrej wymiany zdań. W skład zespołu weszli: J. Kreczmański, Z. Raplewski, S. Sitkowski, S. Urbański. Przeprowadziliśmy rozmowy z przedstawicielami Komitetu Założycielskiego Samorządu Pracowniczego WFD - J.Balaszczukiem i ST. Guszkowskim; Rady Zakładowej NSZZ Pracowników Kultury i Sztuki - E. Marciszewskim i L. Janeczek; K.Z. NSZZ „Solidarność" - R. Krawtzem i Z. Suskim; Stowarzyszeniem Filmowców Polskich - A. Zajączkowskim, K. Gryczałowską i A. Brzozowskim; dyrektorami - L. Nowakową i D. Bielawskim; szefową produkcji WFD - M. Biedrzycką i dyrektorem naczelnym WFD - M. Kruczkowskim. Oto fragment ustaleń zespołu. Cytuję za dokumentem przedstawionym na zebraniu organizacji partyjnej. „Zespół ustalił, co następuje: „Zaniepokojenie załogi wywołała notatka M. Biedrzyckiej dotycząca zagrożenia wykonania planu na rok bieżący, napisana dla celów roboczych i udostępniona dyr. D. Bielawskiemu i A. Brzozowskiemu. (M. Biedrzycka złożyła pisemne oświadczenie w tej sprawie)". „Zdaniem zespołu nie zdejmuje to absolutnie odpowiedzialności za wykonanie planu z szefa produkcji oraz dyrektora do spraw produkcji, dyrektora naczelnego i redakcji". Marian Kruczkowski został zaatakowany za to, że nie chciał dopuścić do „dwuwładzy" w WFD. Taką dwuwładzę dopuszczał podsekretarz stanu z Ministerstwa Kultury i Sztuki, Eugeniusz Mielcarek, który przysłał do Kruczkowskiego pismo dotyczące „dostosowania struktur organizacyjnych i składu osobowego WFD, a związanych z powołaniem Samorządu Artystycznego". Mówiąc zwykłym językiem, dyrektor miał przekazać część swoich uprawnień panom A. Brzozowskiemu i A. Piekutowskiemu, których podsekretarz powołał na kierownika i zastępcę kierownika Samorządu Artystycznego. Marian Kruczkowski nie zamierzał się władzą podzielić, bo nie był do tego mentalnie i duchowo przygotowany, i stąd na niego taki atak. Inne zarzuty stawiane dyrektorowi miały charakter raczej drugorzędny. Sięgam do dokumentu: „ Zarzut świadomego przewlekania lub unikania podejmowania decyzji przez tow. M. Kruczkowskiego wiąże się ze sprawą zlecenia na wykonanie filmu z festiwalu „Piosenki prawdziwej." Zamówienie NSZZ „Solidarność" Region Mazowsze, z dnia 13 sierpnia br. na ten film zostało wręczone tow. M. Kruczkowskiemu do akceptacji przez szefa produkcji w przeddzień rozpoczęcia się festiwalu tj. 18 sierpnia. Tow. M. Kruczkowski przekazał zainteresowanym decyzję negatywną ze względów politycznych, telefonicznie przez swą sekretarkę." Przytoczony tu fragment naszej opinii jest klasycznym przykładem tego, w jaki sposób tworzy się napięcie zmierzające do konfrontacji. Szef produkcji przedstawia dyrektorowi do akceptacji propozycję filmu dosłownie „w ostatniej chwili," dyrektor odmawia i to przez sekretarkę!!! I mamy gotową wojnę. W listopadzie 1981 roku atmosfera w wytwórni gęstniała, rosło z dnia na dzień napięcie. Koledzy, którzy przez wiele lat razem pracowali, teraz stawali po różnych stronach barykady i koso na siebie patrzyli. Najbardziej znienawidzonym człowiekiem przez reżyserów dokumentu (patrz „Kto tu wpuścił dziennikarzy") był Witalis Jankowski, ale artyści go nie atakowali. Najbardziej nadawał się do tego Marian Kruczkowski, były kierownik Wydziału Prasy...KC PZPR. Działo się to wszystko na niecały miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Fotografie