Filmy o Breżniewie i Janie Pawle II

Polska Kronika Filmowa za mojej kadencji otrzymywała polecenia realizacji filmów z oficjalnych wizyt w Polsce ważnych osobistości, z różnych krajów. Realizowałem więc film z pobytu prezydenta Stanów Zjednoczonych Jmmy Cartera i Richarda Nixona, prezydenta Francji Valery'ego Giscard'a d'Estaing, Leonida Breżniewa... Moja córka Ewa, gdy w letni wieczór na tarasie domu, w którym mieszka w Bernie, delektujemy się winem z Twann, podśmiewa się czasami ze mnie i pyta, czy mi nie wstyd, że zrealizowałem aż cztery filmy o Breżniewie? Odpowiadam wtedy (żartobliwie), że jeden z tych filmów wyświetlany był nawet na siedmiu ekranach jednocześnie, a premiera odbyła się w Moskwie. I dodaję, że gdyby te cztery filmy połączyć w jeden, to i tak stanowiłby on zaledwie jedną trzecią filmu pt. „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce". Mam, więc niepłonną chyba nadzieję, że gdy po zakończeniu misji na ziemi stanę, przed obliczem Najwyższego, filmy o Breżniewie nie przeważą na szali niebieskiej tego jednego, najdłuższego, jaki zrealizowałem w swoim życiu. Przekomarzamy się tak, popijając wino o niepowtarzalnym smaku, pochodzące z winnic ze wzgórz Twann położonych nad Bieler See. Polecenie zrobienia filmu wyświetlanego jednocześnie na siedmiu ekranach otrzymałem od Jana Grzelaka, z Wydziału Prasy w czasie, gdy Breżniew znajdował się już w Warszawie. Odpowiedziałem mu wtedy, że nie mam najmniejszego pojęcia, jak się robi film na siedem ekranów. Pojedziesz do Moskwy, to zobaczysz -odrzekł. Następnego dnia poleciałem pierwszym samolotem do Moskwy, aby na wystawie prezentującej osiągnięcia z okazji trzydziestolecia Polski Ludowej zobaczyć aparaturę, na której wyświetlano film o Polsce, porozmawiać z inżynierami i dźwiękowcami, dowiedzieć się, jak to wszystko funkcjonuje. Wieczorem wróciłem do Warszawy i przystąpiłem do realizacji filmu pt. „Wizyta Towarzysza Breżniewa". Montażu podjął się mistrz nad mistrze, pan Wacław Kaźmierczak, a pomagały mu ofiarnie panie: Katarzyna Maciejko i Anna Zasacka. Wspomnę na marginesie, że był to jedyny film, którego nikt nie kolaudował i nie cenzurował, bo nie było w Warszawie aparatury umożliwiającej jego wyświetlenie równocześnie na siedmiu ekranach. Jeszcze przed przyjazdem Breżniewa na uroczystości trzydziestolecia do Warszawy dowiedziałem się, że zostanie on odznaczony orderem za zasługi dla Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Rada Państwa ustanowiła to odznaczenie z myślą o Breżniewie właśnie. To on - jako pierwszy z przywódców zagranicznych - miał być tym odznaczeniem uhonorowany. Zadzwoniłem do mojego kolegi Henryka Olszewskiego, w Kancelarii Rady Państwa, dyrektora Biura Odznaczeń i poprosiłem, aby pozwolił kronice sfilmować ten order - porobić zbliżenia itp. Na dwa dni przed wizytą Henryk zadzwonił do mnie i powiedział: przysyłaj operatora, Breżniew otrzyma inne odznaczenie. Pojechałem z operatorem na Wiejską i tam dowiedziałem się, że Leonid Breżniew nie zgodził się przyjąć specjalnie dla niego przygotowanego odznaczenia, ale zażyczył sobie Orderu Virtuti Militari ponieważ jako generał Armii Czerwonej wyzwalał Polskę i uważał, że mu się słusznie najwyższe odznaczenie wojenne należy. Sfilmowaliśmy więc order Virtuti Militari. Już za czasów gen. Wojciecha Jaruzelskiego, gdy pracowałem w Krajowej Agencji Wydawniczej, a Janusz Rolicki zaproponował, abym wydał „Przerwaną dekadę", opowiedziałem mu historię odznaczenia Breżniewa. Rolicki zapytał o to Edwarda Gierka, który - jak mi później zrelacjonował autor wywiadu rzeki- nie mógł sobie początkowo przypomnieć tego zdarzenia; gdy mu pamięć wróciła, w książce „Edward Gierek- Replika" udzielił następującego wyjaśnienia. Janusz Rolicki: „Dzisiaj wiele osób ma Panu za złe, że swego czasu odznaczył Pan Breżniewa Orderem Virtuti Militari." Edward Gierek: „W Przerwanej dekadzie" mówiłem już o rosnącej z biegiem lat próżności Breżniewa. Wiąże się to zresztą z rozwojem jego choroby. Każdy polityk, jak w ogóle każdy mężczyzna, jest mniej lub bardziej próżny. Rzeczą ludzi inteligentnych jest kryć tego rodzaju słabości. Tymczasem z Breżniewem pod tym względem było odwrotnie. Będąc już sekretarzem generalnym i prezydentem, został jeszcze marszałkiem i pragnął być zwycięzcą Wojny Ojczyźnianej. Laury wojenne najzwyczajniej cenił najwyżej. Toteż gdy przybył po raz kolejny do naszego kraju, a było to związane z okrągłą rocznicą istnienia Polski Ludowej, postanowiliśmy go uhonorować Orderem Zasługi PRL. Był to nowy order przygotowany dla głów państw. Ja uważałem, że taka dekoracja przynosi znaczne korzyści krajowi. A dla Polski życzliwość Breżniewa, a tym samym Związku Radzieckiego, miała, nie muszę chyba o tym przekonywać, naprawdę bardzo ważne znaczenie. Poinformowaliśmy więc Breżniewa, zgodnie z protokołem dyplomatycznym, że chcemy go udekorować Medalem Zasługi numer jeden. Tymczasem z Moskwy nadeszła odpowiedź, że owszem, sekretarz generalny nie ma nic przeciwko temu medalowi, ale wolałby otrzymać najwyższe odznaczenie wojenne. I tak zrodziła się koncepcja odznaczenia Leonida Breżniewa krzyżem Virtuti Militari... Muszę też powiedzieć, że po odznaczeniu go, był bardzo ciekawy, kto przed nim otrzymał Virtuti Militari. Gdy usłyszał, że marszałek Foch i Piłsudski, bardzo się ucieszył i jeszcze raz z zadowoleniem obejrzał przyznany sobie krzyż." Tyle Edward Gierek. Prawdopodobnie nikt nie odważył się poinformować Breżniewa o tym, że Order Virtuti Militari ustanowił król Stanisław August Poniatowski, 22 czerwca 1792 roku, dla upamiętnienia zwycięstwa polskich wojsk, dowodzonych przez księcia Józefa Poniatowskiego, nad wojskami rosyjskimi w bitwie pod Zieleńcami. I, że książę Józef Poniatowski jako pierwszy został tym orderem odznaczony. Warto dodać, że order został zniesiony przez cara Mikołaja I, a przywrócony w 1919 roku, w Polsce niepodległej. Żądanie Breżniewa, władcy ZSRR, odznaczenia zakazanego przez cara zabrzmiało chyba jak chichot historii. Tymczasem pan Wacław w niespotykanym tempie montował siedmio ekranową wersję filmu. Środkowy ekran, oznaczyliśmy nr 7, uznaliśmy go za centralny i jemu podporządkowaliśmy po trzy ekrany z lewej i prawej strony. Niby wszystko wydawało się proste, w rzeczywistości było odwrotnie. Łatwo na tych siedmiu ekranach mógł powstać chaos. Wkrótce musieliśmy pokonać jeszcze jedną przeszkodę. Okazało się, że Breżniew mówił bardzo niewyraźnie, niemal bełkotliwie. Na wszelki wypadek nagraliśmy wersję dodatkową, asekuracyjną. Breżniew wypowiedział tylko dwa zdania, a resztę jego wystąpienia przeczytał Czesław Seniuch, który znał doskonale język rosyjski. W Moskwie prosto z lotniska pojechałem do wytwórni filmowej, aby zasięgnąć rady Jurija Awietikowa, którą wersję dać na wystawę. Awietikow poradził autentyczną, bo Rosjanie przywykli do sposobu mówienia sekretarza generalnego. A zresztą i tak niewielu go słucha - dodał po projekcji, gdy zostaliśmy sami w sali projekcyjnej. Teraz czekała mnie najważniejsza próba. Wieczorem po zamknięciu wystawy wystartowaliśmy! Pierwsza projekcja przebiegła bezbłędnie. Odprężyłem się całkowicie i z Jurkiem Strzałkowskim poszliśmy na wódkę. Zaprosiłem także Ludwika Perskiego, którego spotkaliśmy w hotelu „Ukraina". Jak się później okazało ten wieczór był zaledwie wstępem do prawdziwej biesiady. Nie spodziewałem się, że ktokolwiek zwróci na ten film uwagę. Projekcja odbywała się w wielkim hallu pawilonu wystawowego, a ekrany, wielkości niemal dzisiejszych bilbordów, zawieszone wysoko oglądało się na stojąco. Przez kilka seansów obserwowałem reakcję widowni, która przyjmowała film dość życzliwie. Usłyszałem nawet jak pewien weteran wojny stojący tuż przy mnie, gdy na centralnym ekranie pojawił się Breżniew w mundurze generała powiedział do swojej żony, że terytorium Polski przeszedł piechotą, ale o generale Breżniewie nic nie słyszał. Po jednej wszakże sekwencji, za każdym razem, rozlegały się oklaski. Działo się to wtedy, gdy na centralnym ekranie pojawiała się buzia ślicznej polskiej dziewczynki, z kręconymi jasnymi włosami, która zatkała sobie uszy palcami i obserwuje na sześciu ekranach z piekielnym łoskotem przetaczające się cielska czołgów. Ten fragment filmu robił na moskwianach olbrzymie wrażenie. Dodam, że to doskonałe ujęcie buzi dziewczynki zrobiła Ewa Strzałka, młoda dziewczyna, absolwentka Łódzkiej Szkoły Filmowej. Rosyjscy widzowie natychmiast wychwycili ten obraz i za każdym razem nagradzali go oklaskami. Po południu odnaleźli mnie dziennikarze z prasy, z radia i telewizji. Udzieliłem kilka wywiadów, za które otrzymałem honorarium. Ludwik Perski okazał się niezawodny, gdy go poprosiłem o pomoc w wydaniu rubli. Zadzwonił do nowo otwartej restauracji ormiańskiej, na jakimś nowym osiedlu, i po dłuższej dyskusji z kierownikiem lokalu załatwił stolik. Ludwik znał Moskwę doskonale. W nowej restauracji był po raz pierwszy, skąd o niej wiedział, trudno odgadnąć. Początkowo z zaciekawieniem przyglądaliśmy się publiczności i obsłudze, która, o dziwo, tutaj nie pokrzykiwała na gości, nie nakazywała, przy jakim stoliku mają siadać, jak to czyniono w restauracji hotelu „Ukraina", gdzie mieszkaliśmy. Odetchnęliśmy z ulgą, że nie będziemy musztrowani. W pewnym momencie pojawił się kierownik lokalu, polecił kilka ormiańskich potraw i oczywiście oryginalne ormiańskie wino, koniaki i napoje. Mogę śmiało napisać, że od pierwszego momentu nawiązała się między nami, a towarzyszem kierownikiem- sympatycznym Ormianinem- nić sympatii, która znacznie się rozwinęła i naprawdę rozkwitła dopiero po zamknięciu lokalu, kiedy staliśmy się jedynymi gośćmi. Opuszczaliśmy restaurację bladym świtem, pogodni i szczęśliwi. Na niepewnych nogach to prawda. Gospodarz zapewnił nas, że już nigdy nie musimy dzwonić, aby rezerwować stolik. O każdej porze dnia i nocy będziecie serdecznie widziani - powiedział na pożegnanie. Ludwik Perski okazał się cudownym człowiekiem i wspaniałym kompanem w zabawie! W czasie pobytu na wystawie obserwowałem reakcję publiczności nie tylko na mój film, ale także na wystawione eksponaty. Największym zainteresowaniem płci pięknej cieszyło się stoisko „Mody Polskiej" i stoisko „Polleny." Żałowałem, że nie ma ze mną operatora. W salonie, gdzie panie stawały się naprawdę piękne, polskie kosmetyczki zapraszały moskwianki na fotele i za pomocą makijażu przemieniały je nie do poznania. Reakcje były niemal jednakowe. Po skończonych zabiegach upiększających delikwentki spoglądały w lustro i najpierw z wrażenia, zaszokowane swoim wyglądem, natychmiast zasłaniały twarze dłońmi, po chwili zaś znowu oglądały się w lustrze i zadowolone kupowały w stoiskach kosmetyki „Polleny." Po zakończeniu wystawy, na której prezentowano trzydziestoletnie osiągnięcia gospodarcze Polski Ludowej w Moskwie, przez kilka dni film wyświetlano w auli Politechniki Warszawskiej, ale widownia nie była nazbyt liczna. Z Moskwy napisał do mnie mój znajomy dziennikarz z „Izwiestij", Wiktor Golcew: „ Drogi Mirosławie, w niedzielę, w dzień zamknięcia wystawy obejrzałem twój film. Pierwsze słowo, jakie mi się nasuwa, to gratuluję! Zrobił on na mnie i widzach wielkie wrażenie. Jak ci wiadomo dużo w swoim życiu podróżowałem po świecie, ale takiego filmu, na siedmiu ekranach jeszcze nie widziałem. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy z moją żoną mieli okazję gościć ciebie i twoją żonę w naszym domu. Serdecznie zapraszamy. Wtedy z pewnością wrócimy do rozmowy o filmie." * * * Na początku 2007 roku pewien młody pracownik Filmoteki Polskiej złożył mi w domu wizytę. W czasie rozmowy ze zdumieniem dowiedziałem się od niego, że film „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce" powstał na zlecenie Komitetu Centralnego PZPR, aby stanowić przeciwwagę dla filmu „Pielgrzym" Andrzeja Trzosa - Rastawieckiego. Boże wszechmogący! Czego to ludzie nie wymyślą? I w co zdolni są uwierzyć. To wprost niepojęte! Partia nie tylko nie zleciła realizacji tego filmu, ale według moich obserwacji wręcz bała się wizyty papieża. Prawdą jest natomiast, że Polska Kronika Filmowa otrzymała 3000 m. barwnej taśmy najwyższej jakości na całą wizytę. Długo naradzaliśmy się w redakcji z operatorami, co zrobić, jak filmować, aby taśmy starczyło na cały pobyt. Już w czasie pielgrzymowania Jana Pawła II po kraju, gdy samotnie zastanawiałem się w redakcji, czy taśmy wystarczy, do mojego pokoju wkroczył młody człowiek i przedstawił się: jestem Jarry Myssura, z Ameryki. -Witam w Warszawie, co pana sprowadza w nasze skromne progi? - Panie Chrzanowski, czy kręci pan wizytę ojca świętego? - Wszyscy operatorzy i dziennikarze są w terenie, jak pan z pewnością zauważył, prócz Basi Siwińskiej w sekretariacie i mnie w tym pokoju nie ma w redakcji żywej duszy. - Przejdźmy, zatem do rzeczy, czy może mi pan zrobić film pełnometrażowy o ojcu świętym? - Przykro mi, ale realizacją filmów zajmuje się redakcja dokumentu; jak pan wyjdzie z sekretariatu- trzecie drzwi po lewej stronie. - Panie redaktorze, ja tam już byłem i odesłali mnie do kroniki. Przyznaję, oznajmił mój rozmówca, że nawet się ucieszyłem. W czasie studiów na Wydziale Prawa UW bez przerwy oglądałem PKF, dorabiałem sobie jako pomocnik operatora, w kabinie projekcyjnej w różnych kinach. Popatrzyłem na pana Myssurę ubranego w skromną kurtkę, zwaną wiatrówką, i odpowiedziałem, że realizacja filmu to bardzo kosztowne przedsięwzięcie. - A ile taki film może kosztować? - Szczerze mówiąc nie wiem, proszę pana, bo ja nie zajmuję się finansami. Poradziłem mu, aby udał się do Naczelnego Zarządu Kinematografii. Jerry Myssura nie zwlekając opuścił redakcję. Miałem nadzieję, że więcej się nie pojawi, bo nie sądziłem, iż stać go na kupno pełnometrażowego filmu. Wrócił po dwóch godzinach z dowodem wpłaty 40000 dolarów na konto „Filmu Polskiego". I tak się to zaczęło. Jerzy Myssura, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, w Stanach Zjednoczonych wydawał jakieś czasopismo dla Polonii, zajmował się handlem, wszystkim, co mogło przynieść pieniądze. Zależało mu na tym, aby film powstał szybko. Nasze obiekcje dotyczące tytułu filmu, który wymyślił, skwitował krótko i jednoznacznie. - Ja znam rynek - powiedział na odjezdnym. I postanowił, że film będzie nosił tytuł „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce". O Boże...gorszego tytułu wymyślić nie sposób! Po ustaleniu terminów odleciał do Nowego Jorku. Od tej pory porozumiewaliśmy się za pomocą faxu. Po wstępnym zmontowaniu filmu i kolaudacji, w czasie której wyrzucono niemal połowę materiału musieliśmy szybko „dokręcić" sporo zdjęć na Podhalu, w Wadowicach, w Myszyńcu... Bo Jerzy Myssura żądał, aby film miał określoną długość. Pamiętam, wracaliśmy samochodem z Elą Zawistowską z „dokrętek", była już noc, a nam przy wjeździe do Olkusza zepsuł się fiat 125p. Warsztaty naprawy samochodów pozamykane. Nie mogliśmy czekać do rana. Pierwszy odszukany warsztat zamknięty na siedem spustów, ale Ela się uparła i zapukała do drzwi domu stojącego obok. Właściciel nie ukrywał niezadowolenia, że wyrwaliśmy go z pierwszego snu. Ela nie dawała za wygraną, poinformowała rozeźlonego rzemieślnika, że jesteśmy z PKF i że wracamy z pilnymi zdjęciami do filmu o papieżu. - Trzeba było od tego zacząć, to zmienia postać rzeczy. Właściciel warsztatu obudził syna, po godzinie ruszyliśmy w dalszą drogę. Za naprawę samochodu nie zapłaciliśmy ani grosza. - Nie godzi się brać pieniędzy za drobną pomoc w tak zbożnej sprawie. Kiedy już dokrętkami wydłużyliśmy film do właściwych rozmiarów, z Nowego Jorku otrzymałem fax: „ mirku zamawiam druga kopie taka jak pierwsza proszę mi tylko dodac kilka klatek przed z duzym napisem „ Myssura family presents" gdyż będę mial ogłoszenia". (Pozostawiam oryginalną pisownię.) Montując film nie sądziłem, że będzie on kiedykolwiek rozpowszechniany w kinach polskich, przeznaczony był wszakże dla USA i Kanady. A jego odbiorcą miała być Polonia. Wieść o tym, iż Polska Kronika Filmowa przygotowuje relację z wizyty papieża szybko rozeszła się w warszawskim środowisku dziennikarskim. Jeszcze nie ukończyliśmy montażu, a już rozdzwoniły się telefony od kolegów z radia, prasy, a nawet z telewizji. Pierwszym widzem, który obejrzał film jeszcze przed udźwiękowieniem, był Jan Grzelak z Wydziału Prasy. Po skończonej projekcji zadał mi tylko jedno pytanie. - Dlaczego zaprosiłeś właśnie mnie? - Chciałem poznać twoje zdanie. - Specjalistą w tej dziedzinie jest Mietek Krajewski. Mieczysław Krajewski, doktor nauk filozoficznych, zatrudniony w Wydziale Prasy, przyjechał bardzo chętnie. Film po „kolaudacjach" nawet mu się podobał... ocenił, iż „... jest utrzymany w stylu patriotycznym, o lekkim zabarwieniu nacjonalistyczno- odpustowym". A na takie dzieła nie ma w tej chwili w kraju zapotrzebowania. Pielgrzymki na Chełmską zaczęły się dopiero wtedy, gdy film ukończyliśmy, tzn. udźwiękowiliśmy i nagraliśmy komentarz. Zorganizowałem trzy zamknięte pokazy prywatne dla osób najbliższych i znajomych dziennikarzy. Koledzy nie ukrywali emocji. Zaszokowani nieprzebranymi tłumami wiernych, (mimo cięć po kolaudacji) zgromadzonymi na trasach przejazdu Jana Pawła II i na placach, gdzie odbywały się nabożeństwa, odruchowo porównywali ten film z relacjami w telewizji i szczerze mi gratulowali. Nie przewidziałem, że po półtora roku film wejdzie na ekrany kin w Polsce i niektórzy zmienią zdanie, zaprezentują diametralnie odmienne oceny niż po projekcji w sali „B". Premiera filmu „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce" odbyła się 22 lipca 1979 roku w Nowym Jorku. W kraju ani Polska Agencja Prasowa, ani żadna gazeta codzienna, ani tygodniki filmowe i społeczno polityczne, partyjne i katolickie, słowem o tym zdarzeniu (w 1979 r.) nie napomknęły. W Nowym Jorku natomiast bilet na film o pobycie papieża w Polsce kosztował równo pięć dolarów, podczas gdy za wstęp do kina najwyższej kategorii płaciło się wówczas cztery i pół dolara. W dodatku projekcje filmu o pielgrzymce odbywały się w salach o wiele skromniejszych niż te na Manhattanie. Widziałem na własne oczy, jak Polacy wykłócali się przy kasach o cenę. Po seansie ci sami ludzie, z zapłakanymi oczami wracali do kasy po następny bilet. Gdy dowiadywali się, że jestem jednym z autorów filmu, gratulacjom nie było końca, skorzystałem z kilku zaproszeń na kolację, ale szybko się wycofałem ze względu na stan mojej wątroby. W Nowym Jorku, a także w półtora roku później w kraju, gdy minister kultury, Józef Tejchma, dopuścił film na ekrany widzowie odbierali go bez podtekstów politycznych i nie przypisywali mu rzeczy, których w nim nie było. Recenzenci, natomiast zaczęli wytykać filmowi błędy i braki, z których i ja zdawałem sobie sprawę. Zarzucono też filmowi świadome zafałszowania, z którymi nigdy się nie godziłem. Wynikły one raczej z powodów technicznych i z samej historii powstania filmu. Polska Kronika Filmowa miała jedynie udokumentować pobyt papieża w ojczyźnie na trzech tysiącach metrów taśmy, zapisać tę wizytę dla potomnych, nic więcej. Nie pracowaliśmy wcale w luksusowych warunkach. Do dziś nie wiem, dlaczego na przykład nie wpuszczono operatora PKF, na Skałkę? Widać to w filmie, bo skorzystaliśmy z materiałów telewizyjnych. Wspomnę tylko, że sprzęt, jakim się posługiwaliśmy, w kilku przypadkach przestał działać. Ale, to recenzentów nie musi obchodzić, oceniają obraz i nie można mieć do nich o to pretensji. Nie mogę pogodzić się jednak z twierdzeniem, że film, wyprodukowano na zlecenie KC PZPR, jako przeciwwagę dla „Pielgrzyma." Bo jest to nieprawda, która mogła zrodzić się tylko w chorej głowie. Nieskromnie wspomnę, że nikt nie pytał nas o zgodę na rozpowszechnianie filmu w kraju. 15 stycznia 1981 roku dyrektor WFD przekazał mi pismo z „Filmu Polskiego" następującej treści: „Zjednoczenie Rozpowszechniania Filmów w miejscu" „ W związku z zainicjowanym przez Wasze Zjednoczenie rozpowszechnianiem w kinach filmu o wizycie Papieża Jana Pawła II w Polsce zrealizowanym przez WFD, Film Polski uprzejmie informuje co następuje. Film ten został zrealizowany na zlecenie naszego Przedsiębiorstwa ( zachowuję oryg. pisownię M.Ch.) w czerwcu 1979r. Nie został on zrealizowany, jak mylnie informują masowe środki przekazu, jako usługę dla polonijnego kontrahenta z USA. Film Polski zamówił ten film jako propozycje handlową dla dystrybutorów na całym świecie, a nie jedynie z przeznaczeniem do Stanów Zjednoczonych /nota bene z kontrahentem amerykańskim zawarto normalnie stosowaną przez FP umowę licencyjną/. Tak więc film ten stanowi naszą własność i jego rozpowszechnianie w Polsce również wymaga naszej zgody i zawarcia odpowiedniego porozumienia. Mając powyższe na uwadze ZRF rozpowszechnia ten film bez tytułu prawnego, narażając Film Polski na utratę należnego zysku. Gotowi jednak jesteśmy zawrzeć umowę, która sankcjonowałaby Wasze postępowanie. Zgadzamy się na dystrybucję filmu o Papieżu w krajowej sieci kin pod warunkiem przekazywania 10% z wpływów brutto na nasze konto. Licencja zostanie udzielona na wieczność, z tym jednak zastrzeżeniem, że Film Polski powstrzyma się od wyrażenia zgody na pokazywanie filmu w TV przez okres dwu lat od dnia rozpoczęcia eksploatacji filmu przez ZRF. Prosimy o pilne zajęcie stanowiska, chcielibyśmy bowiem uniknąć sporu prawnego". Pismo to, zawierające same nieprawdy, bezwstydnie podpisał, I- SZY Z-CA DYREKTORA NACZELNEGO „Filmu Polskiego," WŁADYSŁAW BRAUN. Wrócę jeszcze do porównań poczynionych przez recenzentów i publicystów „Ojca Świętego Jana Pawła II w Polsce" z „Pielgrzymem". Już samo porównywanie tych dwóch filmów jest nieporozumieniem, albowiem „Pielgrzym" Andrzeja Trzosa - Rastawieckiego, to od początku do końca przemyślane dzieło autorskie, indywidualne spojrzenie wybitnego twórcy na postać papieża Polaka, nasz film zaś jest zaledwie relacją, która ukazała się na ekranach kilku kin w Nowym Jorku w 45 dni po zakończeniu wizyty. Na ekrany kin polskich film wszedł po półtora roku od premiery w Nowym Jorku! Mimo upływu tak długiego czasu, wywołał niespodziewaną dyskusję. W moim prywatnym archiwum odnalazłem (w sierpniu 2007 roku) ponad pięćdziesiąt prasowych notatek, informacji, recenzji i namiętnych ataków. Po dwudziestu ośmiu latach od premiery czytam tamte publikacje z rozbawieniem i zdziwieniem. Nonszalancja,, z jaką autorzy traktują fakty, jak te fakty przeinaczają, nie mówiąc już o tym, że większość piszących przemilcza warunki, w jakich ten film powstał jest zdumiewająca. Oto, co pisano w 1981 roku. - Krzysztof Mętrak: „Kowalski przed laty zobaczył swój najgorszy film „Nóż w wodzie "i od tego czasu żyje szczęśliwie. Ja z kolei obejrzałem najgorszy film ostatnio: jest to relacja z pobytu Papieża Jana Pawła II w Polsce wykonana przez pp. Mirosława Chrzanowskiego i Janusza Kędzierzawskiego przy współudziale innych. To że operatorzy nie mają oka to pół biedy, tylko że najbardziej ślepy jest ten, kto nie chce widzieć. I na nic tu tłumaczenia, a to, że przedsięwzięcie kierowane było do Polonii, a to, że nie było czegoś tam wolno. Zapamiętajcie tę zasadę: jeżeli nie wolno, ale bardzo się chce, to można. Dziś bowiem relację „profilowaną na eksport" ogląda się ze zdumieniem. Wydaje się, że autorzy byli jedynymi ludźmi w Polsce, którzy myśleli, że mają do czynienia z patriotycznym piknikiem, folklorystyczną malowanką, widowiskiem rodzajowym, wreszcie z „oficjałką". Widownia rży ze śmiechu, bo przypomina jej się dawny DTV." („Ekran 1981 r.) - Zbigniew Gluza: „ Istotę filmu dokumentalnego stanowią podane w nim fakty. I choć autorska interpretacja pozwala je wybrać i uporządkować, to przecież reżyseria nie jest w nim kreacyjna, lecz służebna. O materii filmu dokumentalnego (faktografii) zwykło się nie dyskutować, zgodnie z prostą dżentelmeńską zasadą. Film pary Chrzanowski Kędzierzawski jest jednak dokumentem tylko z pozoru. Na czoło wybija się w nim bowiem interpretacja, oparta - notabene - na faktach dobranych tendencyjnie, niezgodnie z ich oczywistą (pierwotnie) wymową. Wizycie nadano w filmie charakter sielankowy, co przyniosło - zamiast rzeczowej relacji - reporterski kicz." ( „ITD" nr 13.1981 r.). - Jan F. Lewandowski: „Szkoda, że wspaniały temat został tak fatalnie zmarnowany, choć biorąc pod uwagę datę produkcji (1979) trzeba przyznać, że inaczej może być nie mogło. Bo nawet ten oficjalny i pusty znaczeniowo dokument nie trafił wówczas na ekrany." („Panorama" 01.02. 81r.) - TS: „ W państwowych środkach masowego przekazu nastały lepsze dni dla Papieża. Na domiar dobrego, już nie na ekrany naszych kościołów lecz po prostu na ekrany kin wszedł pełnometrażowy film o papieskiej pielgrzymce do Ojczyzny. Niestety, na tym jednak dobre w zasadzie się kończy, gdyż dokument Mirosława Chrzanowskiego i Janusza Kędzierzawskiego jest - generalnie rzecz biorąc - niedobry. Stanowi typowy przykład konwencjonalnej reklamówki przeznaczonej pierwotnie tylko na eksport, która na fali odnowy zawróciła do ojczystych brzegów. Nad irytującymi ludzi do dziś sławetnymi transmisjami telewizyjnymi z pobytu Ojca Świętego w Polsce film ten góruje większą swobodą kamery: pokazuje również milionowe rzesze witające Papieża - rodaka." („Tygodnik Powszechny"). - (ek): „ Realizatorzy opowiadali także o wyjątkowo skomplikowanych warunkach pracy nad filmem: działały tu dwa rodzaje służb porządkowych kościelna i państwowa - a każda chciała się jak najlepiej wywiązać ze swoich obowiązków, co dodatkowo utrudniało nam pracę. Ponadto potrzeby bezpieczeństwa ograniczały możliwość przebywania w bezpośrednim pobliżu papieża, zdobywanie wielu informacji, docieranie do samego centrum wydarzeń. Nie pozwolono nam montować kamer na dachach, niektóre z ujęć udało się skręcić przypadkiem. Np. Ela Zawistowska spotkała Andrzeja Wajdę, który akurat miał zarezerwowany pokój w „Victorii" - stamtąd właśnie robiliśmy plany dalekie." („Film"). - Rafał Jabłoński: „ Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce" jest zbiorem najważniejszych wydarzeń Papieskiej wizyty. Mamy w nim wszystko, czego można oczekiwać po dokumentalnym filmie traktującym o tym wydarzeniu. Jest to kronika wizyty zrealizowana... no właśnie, dla potrzeb Polonii amerykańskiej. Zarówno komentarze, jak i retrospektywne sekwencje ( z okresu gdy Karol Wojtyła był kardynałem, a także fotogramy z Oświęcimia) mają przybliżyć rzecz całą amerykańskiemu widzowi. To taki wizerunek naszego kraju dla potrzeb rodaków, ale o to nie można mieć pretensji do realizatorów, bowiem montowali oni materiał z określoną myślą, a poza tym bardzo szybko. Wizyta odbyła się w czerwcu, zaś nowojorska premiera miała miejsce już 23 lipca 1979 roku. Jak na takie tempo, to film wypadł zupełnie dobrze. Ale czy nas może zadowolić?" ( „Słowo Powszechne"). - Maria Malatyńska: „ Nie chciałabym, aby wyrazy uznania pod adresem „Pielgrzyma" były odebrane jako zmniejszenie sympatii dla dokumentu Chrzanowskiego i Kędzierzawskiego. Chodzi mi raczej o to, że zrównanie szans tych dwóch tak różnych filmów w ich dotarciu do odbiorcy, w ich publicznym życiu po prostu, wnosiłoby pełny ogląd sprawy. Tym bardziej, że cała „sprawa" znana nam jest nie tylko z autopsji, ale również ze swojej wersji ekranowej. Któż nie pamięta codziennych sprawozdań telewizyjnych z czerwca 1979? Kiedy to niezwyczajność sytuacji próbowały kamery tuszować rygorystycznym poddaniem się wyłącznie protokołowi dyplomatycznemu... Wobec takich właśnie momentów dokument Chrzanowskiego i Kędzierawskiego wydawał się nie lada osiągnięciem. Bo chociaż nie redukował dyplomatycznych uścisków i protokolarnych gestów, ale nie bał się też pokazać ludzi: licznych, różnych, pełnych entuzjazmu, w chwilach radości i religijnego skupienia." („Życie Literackie" nr 1530. 81) - Tadeusz Robak: „ Powiedziało się: nie przesadzajmy z pretensjami. Bo rzeczywiście wracając do meritum, film przecież imponuje i porusza swoim spokojnym obiektywizmem. Teraz widzimy, że papież nie odprawiał jednak swoich mszy na pustkowiu, jak próbowano nam sugerować w czasie ówczesnych sprawozdań telewizyjnych, widzimy to wydarzenie w takiej skali, w jakiej rzeczywiście miało miejsce. Mowa o skali, nazwijmy to tak, fizycznej zjawiska, nie o natężeniu emocji, o napięciu psychicznym, jakie tej podróży z ziemi włoskiej do Polski towarzyszyło." („Życie Literackie") - Aleksander Ledóchowski: „W kinach pełnometrażowy film dokumentalny pt. „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce". Jest to drugi wyświetlany w kraju film o wizycie papieża. Pierwszy zrealizował Andrzej Trzos - Rastawiecki pod auspicjami Episkopatu Polskiego i był pokazywany w kościołach. Ten drugi autorstwa Mirosława Chrzanowskiego i Janusza Kędzierzawskiego powstał w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i jest teraz powszechnie dostępny. Dostępność obu tych filmów zmusza do porównań. Wyżej stawiam „Pielgrzyma" Andrzeja Trzosa - Rastawieckiego od „Ojca Świętego..." Ale... Andrzej Trzos - Rastawiecki wiedział jeszcze przed wizytą papieża w Polsce, że będzie realizował film, mógł się więc lepiej przygotować, może nie tyle technicznie i organizacyjnie, co przede wszystkim duchowo. Stąd jego „Pielgrzym" jest bardziej autorski, silniej oddziałuje emocjonalnie, wreszcie wszechstronniej oddaje przebieg duszpasterskiej wizyty. Wyświetlany jakby „prywatnie", jakby w katakumbach, mimo złych warunków projekcji zyskiwał i przez szybsze pojawienie się, i przez tę szczególną atmosferę. Mirosław Chrzanowski i Janusz Kędzierzawski nie mieli w planie pełnospektaklowego filmu o papieżu, po prostu kręcili materiały dla kroniki. Decyzja zrealizowania długometrażowego dokumentu zapadła już w czasie wizyty, co więcej, nie z myślą o widzu polskim, lecz amerykańskim. Jeśli jeszcze uwzględnimy fakt, że „Ojciec Święty" został zmontowany i opatrzony komentarzem w roku 1979, a więc w innej niż dziś sytuacji społecznej i w trochę innym systemie funkcjonowania środków masowego przekazu, to wszystko, co może sprawiać niedosyt, daje się jakoś wytłumaczyć... Film Chrzanowskiego i Kędzierzawskiego daje jeszcze inną satysfakcję. Pobyt papieża w Polsce był częściowo transmitowany w telewizji. Jednak telewizyjni spece od kadrażu przeszli samych siebie w pomysłowości żeby na ekranie nie było widać nikogo poza Ojcem Świętym i duchownymi; tymi zabiegami telewizja chciała pomniejszyć społeczny rezonans wizyty, ale jak to zwykle bywa, zaszkodziła nie sprawie, lecz samej sobie. W filmie „Ojciec Święty" realizatorzy nie boją się pokazywać ogromnych tłumów, dzięki temu ich dokument jest nie tylko o papieżu, także o społeczeństwie. Tak więc kinematografia naprawia to, co zepsuła telewizja... Choć film „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce" może budzić różne zastrzeżenia, jest przecież wydarzeniem repertuarowym i świadectwem dobrej woli wobec widzów; niedostatki realizacji powinna wyrównać pamięć i emocjonalna wrażliwość odbiorców. Ten film jest także dowodem renesansu kina dokumentalnego, jego społecznej atrakcyjności i pożyteczności. Nie tylko zresztą ten." ( „ Film " 08.02.81). Przystępując do realizacji filmu dla Polaków mieszkających w Ameryce i Kanadzie miałem nadzieję, że przynajmniej w tym przypadku cenzura (używam tego słowa w szeroko rozumianym znaczeniu) będzie bardziej tolerancyjna niż bywała normalnie. Moje nadzieje nie sprawdziły się. Tym razem cenzura okazała się nadzwyczaj restrykcyjna, co odbiło się na filmie w bardzo widoczny sposób! Nie pomogły nawet dobre stosunki z osobami, które zazwyczaj mi w takich przypadkach pomagały. I moje tłumaczenie, że film będzie wyświetlany w Ameryce i Kanadzie. Dlaczego kolaudanci (cenzorzy) wykazali twardą nieustępliwość? Chyba, dlatego, że władze najwyższe, mojej partii, bały się wizyty papieża w Polsce. I to przesądziło o wszystkim. Na kolaudację przyszło siedem osób, reprezentujących władze najwyższe: Urząd do Spraw Wyznań, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Urząd Rady Ministrów, KC PZPR i GUKPRiT. (Zdzisław Marzec, Tadeusz Zaręba, Konrad Kaszewski, Jerzy Janic, Szafraniec, Andrzej Prochwicz, Turowicz). . Spodziewałem się cięć, dlatego ujęcia filmowe nadmiernie wydłużyłem, z nadzieją, że kolaudanci zadowolą się skróceniem ujęć. Niestety, moje nadzieje okazały się płonne. Kolaudanci dokonali na filmie prawdziwej rzezi (cytuję ich zalecenia według moich roboczych notatek): - nadmiernie wyeksponowano masowość. Usunąć akcenty młodzieżowe, zwiększyć sekwencję oświęcimską. - tłumy o 50% za długie. Dodać przebitki o pracy Polski współczesnej. " - usunąć komunię, dodać akcenty bałaganiarskie. Wyeksponować śmieszne sceny z Marcinkusem. - usunąć rozdawanie komunii, kwiaty wyrzucić. - w Oświęcimiu wyeksponować władze państwowe. - materiał wymaga głębokich przeróbek. Za dużo tłumów, skrócić o połowę. Podnieść Polskę z kolan. Górnicy za bardzo wyeksponowani. Za dużo transparentów. Usunąć Węgrów i Słowaków. Wyrzucić dziewczyny z krzyżami. Trzeba dodać, koniecznie podziękowanie, dla SB i MO. Po „kolaudacji" byłem bliski załamania i rezygnacji z realizacji tego filmu. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że nawet tak okaleczony film będzie dla Polaków w Ameryce i Kanadzie ważnym przeżyciem. A poza tym szczerze mówiąc żal mi było również Jerzego Myssury, który włożył w powstanie filmu dużo pieniędzy, w końcu dzięki niemu ten film miał szanse ukazać się na ekranach Oto pełna prawda o warunkach, w jakich realizowaliśmy film o papieżu. Dla mnie największą satysfakcją okazała się notatka zamieszczona w „Nowinach" rzeszowskich, 4 lutego 1981 roku zatytułowana „35 tys. widzów na filmie o papieżu", w której przeczytałem: „ Kolorowy film dokumentalny autorstwa M. Chrzanowskiego i J. Kędzierzawskiego o podróży - pielgrzymce po Polsce papieża Jana Pawła II obejrzało w rzeszowskim kinie „Zorza" blisko 35 tysięcy widzów. Na ekranie film jest dopiero od 17 stycznia, a bilety są już wykupione na wszystkie seanse do 20 lutego. - Do tej pory tak kasowego filmu dokumentalnego jeszcze w naszych kinach nie było - poinformował nas wicedyrektor Okręgowego Przedsiębiorstwa Rozpowszechniania Filmów w Rzeszowie Tadeusz Gnyś". Ostatni zamknięty pokaz filmu „Ojciec Święty Jan Paweł II w Polsce" zorganizował dyrektor WFD Marian Kruczkowski, wspólnie z dyrektorem „Interpressu" Mirosławem Wojciechowskim... dla ks. prałata, Alojzego Orszulika, kierownika Biura Prasowego Episkopatu Polski, ks. prof. Janusza Pasierba i towarzyszących im kilku księży. Ten pokaz był dla mnie wielkim zaskoczeniem... nie tyle sam pokaz, co reakcje gości w czasie projekcji. Otóż uczestnicy seansu bardzo żywo reagowali, gdy na ekranie pojawiał się jakiś ksiądz, ich kolega. - O, popatrz jak ten Janek przytył! - Ooo, widzicie Tadek, nie wiele się zmienił, co on robi, że nie tyje? - Patrzcie no, Bolek, jaki szczęśliwy, że go dostrzeżono! Goście, poza kilkoma zdawkowymi zdaniami nie oceniali filmu. Odniosłem wrażenie, że im się nie podobał. To dziwne, film, chociaż prawdopodobnie z innych powodów, nie podobał się też przedstawicielom aparatu partii. A miał, proszę wybaczyć mi nieskromność, jako polski film dokumentalny największą widownię, gdy zsumuje się widzów w Polsce, w Ameryce i w Kanadzie. Zadaję sobie czasami pytanie, dlaczego film nie podobał się przedstawicielom Kościoła katolickiego? Relacja z pobytu papieża w Polsce kończy się sekwencją złożoną ze zdjęć lotniczych. Kiedy samolot z papieżem odrywa się od ziemi w Balicach rozlega się bicie dzwonu Zygmunta, a na zdjęciach Tatr zaczyna się melodia „Góralu czy ci nie żal..." Taki prosty chwyt pod Polonię, na dalszych zdjęciach z lotu ptaka (Warszawa, Gniezno, Gdańsk) lektor czyta słowa depeszy, jaką z godnie z protokołem dyplomatycznym - Jan Paweł II wysłał z pokładu samolotu do władz Polski Ludowej, dziękując za gościnne przyjęcie i wyrażając zadowolenie z rozwoju ojczyzny. I to chyba stało się powodem, że film nie podobał się także hierarchom. Przytoczenie depeszy głowy państwa watykańskiego było dla mnie zabiegiem, który pozwolił spełnić zalecenia kolaudantów i w ten sposób ocalić wiele ujęć od usunięcia z filmu. Papież, składał wizytę w Polsce, jako głowa państwa watykańskiego. Państwa autorytarnego. Dziękował w tej depeszy władzom państwa autorytarnego. Jego wizyta ośmielając rodaków zapoczątkowała rozpad autorytarnych rządów w Polsce. I jak tu nie wierzyć w cuda!

Fotografie