Zespół

Młodzi Polacy czytając różnych publicystów, niektórych profesorów i świeżo upieczonych doktorów nauk mogą odnieść wrażenie, że Polska Ludowa była jednym wielkim obozem, w którym funkcję nadzorców stanowili członkowie partii wyposażeni w knuty, kańczugi i pałki. Ten uproszczony obraz można odnaleźć również w publikacjach o Polskiej Kronice Filmowej. W tej sytuacji uznałem za uzasadnione przedstawić sylwetki ludzi, którzy Polską Kronikę Filmową tworzyli. Poznałem ich w lipcu 1969 roku, gdy rozpoczynałem pracę w redakcji. Zacznę od operatorów-weteranów. Operatorzy : - Karol Szczeciński. „Pan Karol," cieszył się wówczas największą sławą, a to między innymi dzięki Wyścigowi Pokoju, który filmował z helikoptera, a jego niemal akrobatyczne wyczyny utrwalili koledzy. Pan Karol, tak go nazywano w redakcji, był polskim operatorem, który filmował proces zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze. Swoją sylwetką bardziej przypominał oficera niż operatora. Może, dlatego polubił go generał Wojciech Jaruzelski. Zawsze na manewry i wojskowe uroczystości kronika wysyłała pana Karola, bo zapraszający delikatnie sugerowali, że generał widziałby mile Karola Szczecińskiego. Pan Karol zwierzył mi się kiedyś, że Wojciech Jaruzelski w czasach, gdy nie nosił jeszcze szlifów generalskich zasięgał jego rady w kwestiach bardzo osobistych. Pan Karol należał do ludzi, którzy nie znali słowa „nie." Pracę w kronice traktował jak misję, dlatego o każdej porze dnia i nocy redakcja mogła do niego zadzwonić i zlecić mu realizację zdjęć. Opowiedział mi kiedyś swoją przygodę. Wracał samolotem z Moskwy. Celnicy nie poprosili go o otwarcie walizki, bo pan Karol znany był z tego, że nigdy nic nie przemycał, słynął z krystalicznej uczciwości. Na Okęciu wsiadł do taksówki i przyjechał do domu. Otworzył walizkę chcąc żonie i synowi wręczyć upominki i oniemiał. Zamiast drobiazgów i rzeczy osobistych znalazł w walizce kawior, koniak, kawę i kilka innych towarów poszukiwanych wówczas na polskim rynku. Natychmiast pojechał na lotnisko. Własnej walizki nigdy nie odzyskał. Osoba, która przez pomyłkę zabrała walizkę pana Karola nigdy się po swoją nie zgłosiła. Pewno nie lubiła celników. Bogdan Zagroba, dziennikarz tygodnika „Film" artykuł poświęcony panu Karolowi zatytułował: „Karol Szczeciński, człowiek, który był wszędzie." I wszystko filmował. - Leonard Zajączkowski. O nim, podobnie jak o Karolu Szczecińskim, w redakcji mówiono: „Pan Leonard." Człowiek nadzwyczajnie skromny, wielki znawca teatru, dlatego większość sztuk wystawianych w Warszawie utrwalał na taśmie Pan Leonard. Nigdy, nikt z redakcji nie odważyłby się zasugerować mu, jakie ma wybrać fragmenty spektaklu, ponieważ on wiedział najlepiej, co pokazać milionom widzów PKF. Twórca zdjęć do filmów fabularnych cieszył się w kronice szacunkiem i podziwem całego zespołu. „Życie Warszawy" (15.11.1964r.) pisało o nim: „Od 1948 roku jako operator PKF zajmuje się przeważnie sprawami związanymi z życiem kulturalnym - teatrem, wystawami, muzyką itp. Czy kocha swój zawód? - Nigdy nie zdradzę PKF! - powiedział nam p. Zajączkowski." I słowa dotrzymał! - Henryk Makarewicz. „Pan Henryk," do Krakowa przyszedł z Polskim Wojskiem. Od zawsze był kierownikiem oddziału Polskiej Kroniki Filmowej w królewskiej stolicy Polski. Jego autorstwa są w większości tematy z tamtego regionu, z Podhala, Galicji i Małopolski. On je proponował i realizował jednocześnie. Na kilometrach taśmy zapisał budowę Nowej Huty, ale także ważne wydarzenia i zdarzenia związane z polską tradycją i kulturą ludową. Potomni docenią jego kronikarską pracę. - Elżbieta Zawistowska. „Nasza Ela," przez wiele lat była „jedynaczką" - pierwszą kobietą w Polsce, która po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi potrafiła posługiwać się kamerą profesjonalną. Nie przestraszyła się męskiej konkurencji i wygrała trudne, ale barwne życie. Elę wszyscy lubili, by nie powiedzieć kochali. Obdarzona talentem i nadzwyczajnym poczuciem humoru, co wyróżniało jej tematy, angażowała się społecznie i politycznie. Przez wiele lat była delegatem redakcyjnym w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. A gdy nadszedł czas przemian stanęła po właściwej stronie. Nie lękała się ludzi, którzy pełnili funkcje kierownicze. Patrząc prosto w oczy mówiła, co myśli i czuje, potrafiła bronić swoich przekonań niezależnie od okoliczności. - Józef Bakalarski. „Józek." Nie dał sobie dmuchać w kaszę. Lubił filmować wszelkie zdarzenia zabronione. Opowiadał, że wynalazł niezawodny sposób przedostawania się przez zaporę milicyjną. Szedł pewnym siebie krokiem prosto na milicjanta, odginał klapę marynarki i oznajmiał: ja też glina! Skutkowało. Odszedł do telewizji. Jego decyzję przyjęliśmy jak wielką stratę. - Ryszard Golc. „Rysiek." Sprawiał wrażenie człowieka nieśmiałego, nawet nieporadnego. Zmieniał się, gdy brał do ręki kamerę. Miał swoje zawodowe tajemnice i strzegł ich dość pilnie. W słońcu Syrii załadował do kasety najbardziej czułą taśmę, nieśmiało zwróciłem mu na to uwagę, sądząc, że się pomylił. - To nie pomyłka, odpowiedział, tylko moja tajemnica. Nie zauważyłeś, że jednocześnie włożyłem do kamery odpowiedni filtr. Do laboratorium oddawał naeksponowaną taśmę zawsze z drobiazgowym opisem i zaleceniami jak ją wywoływać. W Gdyni, przed rejsem „Lechistanem II" filmował zakłady przetwórstwa rybnego. Towarzyszyłem mu, przy zwiedzaniu hal produkcyjnych. Nie dostrzegłem tam nic nadzwyczajnego. Podzieliłem się z nim swoimi spostrzeżeniami. Taśmy produkcyjne i nic poza tym. Ot, jeszcze jeden produkcyjniak. Nie zaprzeczył tylko poprosił, aby mógł po powrocie z rejsu pod muzykę, którą sam dobierze temat zmontować. Pływaliśmy sześć tygodni. Zapomniałem o fabryce konserw, aż tu pewnego razu Rysiek zajrzał do pokoju i zapytał: masz trochę czasu. Zaprowadził mnie do montażowni, posadził przed ekranem i powiedział: popatrz. Obejrzałem poemat o ruchu i rytmie, a nie temat o produkcji konserw. Dziś, z pewnością niejeden doktor nauk po obejrzeniu tego arcydziełka o ruchu i rytmie napisze: oto jeszcze jeden dowód, na to, w jaki perfidny sposób komuchy uprawiały propagandę sukcesu i poddawały indoktrynacji ideologicznej zniewolone społeczeństwo. Ryszarda Golca, operatora Polskiej Kroniki Filmowej, który świat widział inaczej niż my, zwykli zjadacze chleba lubili i cenili wszyscy, przede wszystkim widzowie, ale także dostojnicy partyjni i państwowi, ich żony i dzieci.. - Witold Jabłoński. „Witek." Spokojny, dobrze zorganizowany. Zawód operatora traktował jak powołanie, a nie sposób zarobkowania. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Afganistanu wyjechał do Kabulu, jako członek ekipy Polskiej Kroniki Filmowej. Jego zdjęcia obiegły cały świat. Przeżył ten wyjazd bardzo ciężko, bo ukradli mu tam paszport. Witek stanowczo za bardzo ufał ludziom. - Waldemar Grodzki. „Waldek." Absolwent szkoły filmowej w Pradze. Chrzest zawodowy przeszedł w grudniu 1970 roku, jako asystent Janusza Kreczmańskiego w czasie wydarzeń w Szczecinie. Bardziej interesował go film dokumentalny, ale dobrze się czuł także w kronice. - Janusz Kreczmański. „Januszek." To kipiące życie! Człowiek o wielkim temperamencie, zaangażowany we wszystko. Tacy ludzie nie mają łatwych charakterów. To też Janusz nie stanowił wyjątku od reguły, co nie ułatwiało mu życia. Na wszystko patrzył krytycznie, więc proponował i bardzo chętnie realizował tematy krytyczne. Prowadziliśmy z sobą długie dyskusje i spory. Może właśnie, dlatego doskonale się rozumieliśmy. Nikt w redakcji nie znał się na sporcie, tak jak on. O zawodnikach wiedział wszystko, czym zadziwiał największych fachowców. Filmował igrzyska olimpijskie w Monachium i Montrealu, razem zmagaliśmy się z przeciwnościami losu na Mundialu w Argentynie. A gdy mu zbrzydło życie nad Wisłą wyruszył na poszukiwanie wielkiej przygody. Dotarł do Australii. Z pasją filmuje i opisuje w książkach swoich nowych przyjaciół - Aborygenów. Zyskał ich zaufanie. Nadali mu przydomek: „Tjupurula" - Stary Kangur. I choć los go nie oszczędza, nie poddaje się i stawia mu mężnie czoło. Ostatnio pokazał mi portrety Aborygenów, których maluje. Janusz Kreczmański - Stary Kangur. - Janusz Kuźniarski. „Janusz." Pokonywał z kamerą polskie bezdroża, polne i wiejskie drogi. Jak nikt w zespole znał egzystencję Polaków małych miasteczek, PGR-ów, wsi mazurskich i podlaskich. Nie poprawiał rzeczywistości, ukazywał ludzi bez makijażu. Aż nie chce się wierzyć, że w jego tematach, prawdy o tamtych czasach współcześni pogromcy kroniki nie dostrzegają. Dobrze zbudowany i małomówny sprawiał wrażenie ociężałego, ale solidnego. Bez aktorskich sztuczek stawał za kamerą, nie prosił o uśmiech, nie reżyserował, nie koncentrował na sobie uwagi osób filmowanych. I może właśnie to sprawiało, że ludzie w jego tematach zachowywali się normalnie. - Stanisław Mazurkiewicz. „Staszek." Zaczynał od funkcji asystenta. Talent sprawił, że awansował na operatora. I dobrze sobie radził na planie, nie ustępował w niczym kolegom z dyplomami. Zaskoczył redakcję decyzją o przejściu do telewizji. Żałowaliśmy go wszyscy. - Zbigniew Skoczek. „Zbyszek." Człowiek, który nigdy się nie denerwował. Miał w sobie coś z misia. Spokojny i pogodny. Jego zdjęcia wyróżniały się własną estetyką. Nigdy nie popadł w sztampę, nawet, gdy filmował oficjalne imprezy. To też dziennikarze bardzo często, gdy zgłaszali tematy zastrzegali, że mogą je zrealizować tylko ze Zbyszkiem. Trzynastego grudnia 1981 roku filmował Warszawę, wspólnie naruszaliśmy dekret o stanie wojennym. - Sławomir Sławkowski. „Sławek." Nie uznawał słowa „niemożliwe." Bardzo sprawny i doskonale zorganizowany. Miał nadzwyczajne poczucie humoru i to mu ułatwiało życie. Gdy po wizycie u premiera zastanawialiśmy się, zmartwieni, gdzie tu znaleźć kilka kombajnów, by je razem sfilmować, Sławek przysłuchując się naszym lamentom powiedział: zarezerwujcie w następnym wydaniu sześćdziesiąt metrów dla mnie i wyszedł z redakcji. Przywiózł z poznańskiego kombajny, które kosiły wielki łan pszenicy. Miał dar zdobywania zaufania swoich rozmówców i to pod każdą szerokością geograficzną. Nie wiele brakowało, a zorganizowałby defiladę wojsk indyjskich w Dakce. Musiałem mu długo perswadować, że robimy reportaż filmowy, a nie film dokumentalny. Dokument czy reportaż, jakie to ma znaczenie, tłumaczył mi rozgoryczony. Nic tak nie rajcuje widza w kinie jak dobrze sfilmowany pogrzeb i właśnie defilada wojskowa. - Roman Trzeszewski. „Romek." To „pan na włościach", mówiono o nim. Albowiem kierował oddziałem Polskiej Kroniki Filmowej w Katowicach. A było to wówczas najważniejsze województwo w Polsce. Romek zasłużył się Śląskowi mrówczą i wytrwałą pracą kronikarza. To on upamiętniał na taśmie bohaterów tamtych czasów: górników i hutników. Ceniony na Górnym Śląsku przez widzów i przez miejscowe władze.

DZIENNIKARZE:
Dziennikarze, jak wędrowne ptaki, jedni bawili na Chełmskiej od zawsze, inni odlatywali w poszukiwaniu lepszych warunków - Maria Dehn. „Maria", (w PKF od zawsze). Kierowała działem zagranicznym. Wtedy nie używano takich zwrotów, ale dziś bez przesady można ją nazwać pierwszą damą kroniki. Wszechstronnie wykształcona, posługiwała się swobodnie czterema obcymi językami (angielski, francuski, niemiecki i rosyjski) porozumiewała się także we włoskim i hiszpańskim. Utrzymywała wymianę materiałów z kronikami na całym świecie. Wiedza i jej sposób bycia sprawiały, że wśród kronikarzy świata miała tylko przyjaciół. Bezbłędnie orientowała się, jaki materiał o naszym kraju wysłać do zagranicznej kroniki. To dzięki jej pracy, przez wiele lat Polska Kronika Filmowa utrzymywała się na czołowym miejscu, jeśli chodzi o zamieszczane tematy o Polsce w kronikach zagranicznych. Na kongresach kronik, oczywiście w częściach roboczych, w sposób koleżeński i przyjazny szefowie kronik mówili o błędach występujących we współpracy. Nie zdarzyło się, aby kiedykolwiek powiedziano, że PKF nie przysłała materiału. Wielokrotnie dziękowali Marii za rzetelność i obowiązkowość. Kierowanie działem zagranicznym pochłaniało cały jej czas. Ale nie stroniła od problematyki krajowej. Tematy przez nią realizowane wyróżniały się logiką i zwięzłością wypowiedzi. Maria Dehn zrealizowała wydanie (21A/81) Pt. „Życie rodzinne" w całości poświęcone Lechowi Wałęsie. Pokornie proponuję wszystkim obecnym krytykom PKF, aby zechcieli skonfrontować kronikę z innymi mediami, gazetami codziennymi i tygodnikami, bo tylko w ten sposób można ocenić fakt ukazania się na ekranach kin całej kroniki poświęconej robotnikowi ze stoczni. Maria Dehn wiedziała jak go przedstawić widzom. - Regina Biczyńska. „Renia" wspomagała Marię w dziele wymiany zagranicznej. Skromna, pogodna i miła była uosobieniem dobroci i delikatności. Podobnie jak jej szefowa sumienna w pracy. Przyznaję, że dzięki Marii i Reni działem zagranicznym zajmowałem się tylko od święta. - Barbara Dudkiewicz. „Basia." Sekretarz redakcji, czyli jak się wtedy mawiało: szef sztabu. Do mnie to określenie nie trafiało, może, dlatego, że nigdy nie służyłem w wojsku. Basia była na tym stanowisku niezastąpiona. To ona odpowiadała za wyjazdy ekip filmowych, za organizowanie nagrań, projekcje materiałów, wyceny i wszystko, czym żyła redakcja. Znajdowała jeszcze czas na realizację własnych tematów. Pracując ukończyła Wydział Dziennikarski Uniwersytetu Warszawskiego. Nie poddała się w czasach potępienia Polski Ludowej. W swojej małej ojczyźnie publikuje w miejscowej prasie. Wydała kilka tomików wierszy....POLSKA DEMOKRACJA :Prawa noga/lewa noga/w środku/wyboista droga… O WOLNOŚCI SŁOWA : Do nie dawna złudna/ i niedoskonała…/Dziś przy chudej kiesie/-jeszcze podrożała. MAESTRO : Odkąd nam rynek/gra pierwsze skrzypce/ileż wartości/legło w rozsypce. - Maria Góralczyk. „Maryla." Nigdy nie ukrywała swoich poglądów, a zwłaszcza niechęci do kierowniczej roli nieomylnej partii. Wrażliwa i z tego powodu chyba trochę nieszczęśliwa, najchętniej zajmowała się tematami poświęconymi kulturze. To też nikogo w redakcji nie zdziwiło, gdy wyjechała do Sztokholmu ze Staszkiem Plewą na uroczystości wręczenia Czesławowi Miłoszowi Nagrody Nobla. Zrealizowała o poecie całe wydanie Kroniki (7A/81) Autorka, zaprezentowała poecie wydanie osobiście, na pokazie, który odbył się na Chełmskiej 21, w sali „B." „Czas Wisły" (6A/80) barwne wydanie poświęcone królowej rzek polskich, autorstwa pani Maryli, zwróciło na siebie uwagę prasy. „Ekran" (24.02.1980) poświęcił tej kronice aż trzy kolumny. Urzeczony obrazem Witold Rutkiewicz pisał: „...waga tej kroniki... jest nieoceniona. Z właściwą autorom PKF zwięzłością, trafnym i sugestywnym komentarzem, perfekcyjnością fotografii, czystością montażu, na przestrzeni dwudziestu minut rysuje ogrom problemów - wciąż rozwiązywanych, wciąż do rozwiązania - piętrzących się przed „rzeką rzek" polskich." Autor kończy recenzję słowami: „Ogromną zaletą „Kroniki 6A/80" jest to, że znaczenie zagospodarowania rzeki ukazuje poprzez jej piękno. W ten sposób temat Wisły... doczekał się dokumentacji emocjonalnej." Dodam, że „Czas Wisły" - poetycki obraz rzeki, ukazał się w cyklu przed VIII Zjazdem PZPR. Wspominam o tym, nie bez kozery, pani Maryla nie pałała miłością do partii, wręcz się jej bała. Pewnego razu zadzwoniła do mnie z Torunia, bo napotkała na jakieś trudności w realizacji tematu. Poradziłem jej, aby udała się do wydziału kultury komitetu partii. Moja propozycja zaszokowała ją do tego stopnia, że wykrzyknęła w słuchawkę: szefie, pan chyba oszalał! Temat przywiozła i to bardzo dobry. Wyobrażam sobie, jakie przeżywała katusze przekraczając progi komitetu partii. To też ze zdumieniem wysłuchałem jej relacji o tym, że spotkała w „jaskini piekielnej" ludzi kulturalnych, wykształconych i życzliwych. Panią Marylę spotykam czasami na przystanku autobusowym. Kiedyś wygarnęła mi „komusze" grzechy, tzn. zatrudnienie Otamary. Miała, niestety, rację. Pani Maryla Góralczyk ma bardzo rozwinięty zmysł krytyczny i jak wynika z moich z nią rozmów na przystanku autobusowym, chyba nigdy nie polubi żadnej rządzącej partii. - Janina Motylińska. „Pani Janka." Specjalizowała się w problematyce społecznej, najlepiej udawały jej się tematy krytyczne. Gdy w „ środkach masowego przekazu" nie gościły tematy o narkomanii zrealizowała całe wydanie kroniki o ludziach uzależnionych (24A/81). Była autorką wydania, w całości poświęconego inżynierowi Karpińskiemu. Kronika ta poruszyła środowisko naukowe i techniczne, wywołała dość burzliwe dyskusje. Ale cięgi za to wydanie zbierałem ja, a nie autorka. Współpraca z Janiną Motylińska układała się dobrze, dlatego do dziś nie mogę zrozumieć, że opowiedziała się po stronie Otamary. - Piotr Halbersztat. „Piotruś." Zrównoważony, spokojny, wykształcony. Wszystko napisałem o nim w rozdziale „Byłem kronikarzem Polski Ludowej." - Krystyna Targosz. „Krysia." Zaliczam ją do przelotnych ptaków. Jako kobieta działała na męską wyobraźnię i zdawała sobie z tego sprawę. Z pewnością ułatwiało jej to realizację tematów. Podkochiwali się w niej prawie wszyscy koledzy z PKF, a także kilku z Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Dwukrotnie przedstawiciele Ministerstwa Spraw Wewnętrznych okazali jej swoje zainteresowanie. Pierwszy raz przedstawiciel tego resortu złożył mi wizytę w redakcji i poinformował o jej występie w klubie aktora i dziennikarza w Rzeszowie. Odpowiedziałem mu, że nie interesuje mnie prywatne życie dziennikarek. Krysia była bardzo dobrą matką i samotnie wychowywała synka, którego bezgranicznie kochała. Przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych, poprosiła o opinię zawodową. Otrzymała najlepszą, jaką potrafiłem napisać. Już po jej wyjeździe inny przedstawiciel wspomnianego resortu zapytał mnie, dlaczego otrzymała taką dobrą opinię. Odpowiedziałem, że była znakomitą dziennikarką. Po latach „wpadła" do Warszawy, spędziłem w jej towarzystwie i Basi Siwińskiej uroczy wieczór. Opowieściom o sukcesach zawodowych po drugiej stronie oceanu nie było końca... - Ossowski Rajmund. „Rajmund". Napisałem o nim wszystko w innych rozdziałach. On też, przelotny ptak, wyemigrował do USA. Zawsze, gdy odwiedzał kraj, wpadał do nas do domu z kwiatami dla Reni, dla mnie z whisky. Widział świat inaczej, kochał inaczej, nie znosił zaścianka i kołtuństwa. Czy w Stanach zrobił karierę? Nie wiem, nagle słuch o nim zaginął. Rajmund Ossowski - człowiek wolny. - Kędzierzawski Janusz. „Janusz". Mój przyjaciel i mój zastępca. Nie można go scharakteryzować w kilku zdaniach. Patrzył na otaczającą go rzeczywistość ze stoickim spokojem. Różniliśmy się pod względem charakterów, ale może, dlatego doskonale się rozumieliśmy i uzupełnialiśmy. Oberwał za mnie kilka razy w życiu, od premiera Jaroszewicza i nie tylko. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Spotykamy się coraz rzadziej, najczęściej na pogrzebach znajomych. Młodszy ode mnie, mam, więc nadzieje, że będzie mi towarzyszył w ostatniej drodze, w myślach przynajmniej. - Barbara Siwińska. „Basia." Prowadziła bezbłędnie sekretariat. Traktowałem ją niemal jak córkę. Nie mogłem być osobiście na jej ślubie, ale zastąpiła mnie na tej uroczystości moja córka. Gdy nie z własnej woli zostałem wydawcą książek, Basia poprosiła mnie o pracę, bo mój wojenny następca w PKF składał jej propozycje, których nie mogła przyjąć. Pracowaliśmy razem w „Fikcjach i Faktach." (Szukać w katalogu książek). A gdy mnie z Krajowej Agencji Wydawniczej wylano, ( „za nadmierną miłość do partii"), stworzyliśmy z Basią, na zlecenie pani Cegielskiej, prywatne wydawnictwo. Szło nam dość dobrze. Drukarnia pani Cegielskiej, pracowała pełną parą. Korzystając z doświadczenia zdobytego na Wilczej nawiązaliśmy szybko kontakty z autorami i firmami zachodnimi. Ale przeszkodziła nam w rozwinięciu skrzydeł polityka pierwszego rządu demokratycznego, a ściślej zastąpienie barterowej wymiany towarowej z naszym wschodnim sąsiadem, dolarami. Piszę o tym bez goryczy. Ale smutno mi, że stałem się ciężarem dla naszego ukochanego państwa demokratycznego, miast przysparzać mu dochodów w postaci wysokich podatków. Z Basią Siwińską i jej mężem, panem inżynierem Krzysztofem Siwińskim, do tej pory utrzymujemy kontakty. Pragnę tu jeszcze wspomnieć o Krysi Kuźniarskiej, która przyszła do redakcji po konflikcie w archiwum i doskonale dawała sobie radę w lektoracie i o Staszce Zielińskiej, która stała na straży finansów, rozliczała delegacje i zajmowała się lichymi honorariami. Młodzi Pod koniec lat siedemdziesiątych do kroniki zaczęli napływać młodzi dziennikarze i operatorzy. Pierwszy pojawił się Stanisław Fiuk, absolwent Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, który po pewnym czasie do nazwiska dodał drugi człon „Cisowski." Ale zanim się to wydarzyło... Pewnego dnia, gdy rano przyszedłem do pracy w sekretariacie redakcji powitały mnie jak nigdy cisza i tajemnicze spojrzenia... W swoim pokoju na biurku znalazłem rozłożoną gazetę terenową, chyba z Białegostoku, a w niej wywiad Stanisława Fiuka, w którym krytykuje „kierownictwo" redakcji, za to, że mu nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Przeczytałem uważnie wynurzenia młodego kolegi, wzruszyłem ramionami, bo przypomniałem sobie własny start i moje krytyczne uwagi o pierwszym redaktorze naczelnym. Zignorowałem, to zdarzenie i udałem się na projekcję materiałów filmowych. Nie upłynęło od tego dnia zbyt wiele czasu, gdy zespół niemal w komplecie, spotkał się w prywatnym mieszkaniu na imieninach. Kiedy po kilku toastach atmosfera zupełnie się rozluźniła, biesiadnicy zaczęli sobie ze mnie dworować, że podcinam skrzydła młodemu i zdolnemu koledze, intrygowało ich wszak moje milczenie. Do tematu Fiuka - Cisowskiego i jego wywiadu wróciła komisja weryfikacyjna w styczniu 1982 roku. Pytano mnie, w jakich okolicznościach przyjąłem go do pracy i z czyjego polecenia, jak zareagowałem na wywiad, jak oceniam jego pracę? Zdziwiło mnie to nadmierne zainteresowanie komisji, właśnie Stanisławem Fiukiem. Sądziłem, że weryfikatorzy mają do niego zastrzeżenia, zacząłem, więc go bronić, podając przykład, że z własnej woli, bo nikt go nie namawiał, wstąpił do partii. Nie miałem żadnych zastrzeżeń ani do jego pracy, ani do postawy politycznej. Mniej więcej w tym samym czasie podjęli pracę w redakcji Marta Waluchowska, Paweł Łepkowski, Małgorzata Cendrowska i Ewa Bielska, no i oczywiście po ukończeniu studiów dziennikarskich, Bogdan Saganowski, najlepiej przygotowany do pracy w kronice, albowiem Sławek Sławkowski, którego był asystentem, po ojcowsku wprowadzał go w tajniki wiedzy filmowej. Pamiętam jego kronikę, w której ukazywał, w burzliwych czasach, zebranie załogi, jakiegoś zakładu pracy, na którym wybierano dyrektora. Zakończył to wydanie głosem z sali. Pewien robotnik zaproponował, aby dzień ten uczcić uchwałą i ogłosić go wolnym od pracy. Ta pointa znakomicie oddawała nastroje i marzenia tamtych czasów. I polską mentalność. Pojawili się też młodzi operatorzy. Ewa Strzałka, która przerwała monopol Eli Zawistowskiej, Cezary Makowski, Leszek Winnicki i Stanisław Plewa, wielce utalentowani, z dyplomami szkoły filmowej w Łodzi. Ostatnią osobą, jaką przyjąłem do pracy była pani Tatiana Dębska absolwentka Wydziału Operatorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Różnili się od nas nie tylko wiekiem, ale przede wszystkim sposobem patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Ich zdjęcia niby takie same, a jednak inne niż doświadczonych kolegów. Inny koloryt i nastrój, inny sposób ukazywania ludzi. Dziennikarze zgłaszali odmienne tematy. Oto, Ewa Bielska zaproponowała temat o budowie szerokotorowej linii kolejowej, łączącej ZSRR z Hutą Katowice. Pomyślałem wówczas: Boże, jeszcze jeden produkcyjniak. Nie chciałem zrażać młodej dziennikarki i wyraziłem zgodę. Zrealizowała całą Kronikę „Obok toru" (30B/81), ukazując jak wielkie gospodarcze i polityczne przedsięwzięcie wpływa na losy ludzi, jak im komplikuje i utrudnia życie. W tamtych czasach życie toczyło się wartko. Więc pani Ewa proponuje wywiad z Maciejem Szczepańskim, który siedzi nie na Woronicza, a na Rakowieckiej. Czas biegnie szybko. Wyrażam zgodę, bo choćbym chciał nie mogę postąpić inaczej. Może to brzydkie, ale mam jakąś satysfakcje, że Polska Kronika Filmowa będzie filmować prezesa Radiokomitetu Macieja Szczepańskiego. Uprzedzam tylko panią Ewę, by przygotowała sobie pytania i dbała, aby prezes na nie odpowiedział. To wszak doświadczony i inteligentny twórca propagandy sukcesu. Od pani Ewy dowiaduje się, że akt oskarżenia prezesa liczy kilka grubych tomów. Oskarżają go między innymi o to, że samowolnie z okazji pierwszej wizyty papieża Jana Pawła II w Polsce podniósł diety ekipom obsługującym pielgrzymkę do pięciuset złotych dziennie. Każdemu asystentowi, kamerzyście, kierowcy wozu, inżynierowi dźwięku i komu tam jeszcze. Sądzę, że pani Ewa coś pomyliła. Mówię jej, to niemożliwe. I proszę, aby sprawdziła. Na drugi dzień potwierdza, że prokuratorzy postawili taki zarzut. Wtedy opowiedziałem młodej koleżance, że byłem świadkiem jak powstała decyzja o podwyższeniu diet. Otóż, na naradzie w Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej poświęconej pielgrzymce papieża, Maciej Szczepański, zaproponował, aby podnieść diety, bo ekipy muszą korzystać z posiłków w tych hotelach, gdzie mieszkają. Nie może być tak, że pobiegną do baru mlecznego, bo na śniadanie w „Cracovii" nie starczy im pieniędzy. Redaktorzy uczestniczący w naradzie poparli propozycję prezesa. Członkowie ekip PKF też dostali po 500 złotych diety. Jeśli wszystkie zarzuty są tej miary, to prezes rychło wyjdzie na wolność. Obejrzałem materiał z ogromnym zainteresowaniem. Podjąłem decyzję, że po wyroku sądu, pani Ewa wykorzysta materiał o Macieju Szczepański, człowieku, który usunął PKF z telewizji. Na marginesie wspomnę, że przeglądając materiały archiwalne znalazłem notatkę w „Expressie Wieczornym" (30. 10. 1980 r.), która informowała: „ Po sześciu latach przerwy wraca na ekrany telewizorów Polska Kronika Filmowa." „Express Wieczorny" poinformował czytelników, że „ W ubiegłym roku z inicjatywy PKF we wszystkich kinach Polski przeprowadzono ankietę. Na pytanie: Czy chciałby Pan (Pani) żeby PKF była prezentowana w TV? Aż 92 proc. osób odpowiedziało „tak." Emisję Kroniki w TV przywrócił nowy prezes, Zdzisław Balicki. Wracając do młodych pracowników dodam jeszcze, że Ewa Bielska wyróżniała się z całego grona największą ambicją, dociekliwością i ogromną wrażliwością społeczną. Wspólnie ze Stanisławem Plewą stworzyli świetny zespół, tematy, które realizowali wyróżniały się w kronice. Stanisław Plewa został poturbowany przez „siły porządkowe", gdy filmował zajścia w szkole pożarniczej w Warszawie. Wysłałem do rzecznika prasowego rządu protest. W piśmie pytałem jak to się dzieje, że milicja pobiła operatora Polskiej Kroniki Filmowej, a pozwalała filmować operatorom telewizji zagranicznych. Było w moim pytaniu sporo naiwności. Dowiedziałem się otóż, że operatorzy zagraniczni, to przecież przebierańcy. Leszka Winnickiego wysłałem w długi pełnomorski rejs, z którego przywiózł doskonałe zdjęcia. Kronikę tworzył liczny zespół ludzi. Montowały ją panie: Irena Jasińska, Grażyna Kociniak, Barbara Kosidowska, pan Wacław Kaźmierczak, a także pani Jadwiga Zajiček, o której za chwilę. Muzykę podkładały panie: Marta Broczkowska, Krystyna Tunicka - Palluth i pan Ryszard Sulewski. Każda z opisanych tu osób wnosiła swój talent i sprawiała, że kronika cieszyła się uznaniem widzów. W przytłaczającej większości twórcy Polskie Kroniki Filmowej nie należeli do partii. Tylko trzech dziennikarzy nosiło czerwone legitymacje, łącznie ze mną, oczywiście. Tylko pięciu operatorów należało do partii. Piszę o tym z kronikarskiego obowiązku. Bo przecież członkowie partii nie korzystali w redakcji z przywilejów, nie mieli wyższych pensji. Nawet w burzliwych czasach powstawania „Solidarności" w kronice nie akcentowano podziałów. Nikomu też nie zabraniano nosić biało-czerwonych opasek. W Polskiej Kronice Filmowej, jak w każdym zespole występowały różnice poglądów, na zebraniach redakcji, na wycenach i „układkach" trwały niczym nieskrępowane dyskusje. Ale nie było sielanki. Pani Jadwiga Zajiček napisała na mnie skargę do Wydziału Prasy KC PZPR. Pani Jadzia, tak ją nazywaliśmy, znakomita montażystka przygotowała specjalne, kolorowe wydanie z okazji, chyba trzydziestolecia Polski Ludowej. Przygotowała Kronikę według własnego pomysłu i talentu. Spłynęłyby na nią największe pochwały, gdyby nie to, że podłożyła jednocześnie muzykę. Ale nie porozumiała się z Ryszardem Sulewskim, na którego wypadła kolej opracowania muzyki do wydania. Wytwórnia Filmów Dokumentalnych zaliczała się do tych zakładów produkcyjnych, w których wszystko było uporządkowane. Operatorzy robili zdjęcia, reżyserzy tworzyli z tych zdjęć filmy według własnej wyobraźni, montażyści te filmy sklejali, dźwiękowcy podkładali muzykę itd. itp. Każdy z tych zawodów wymagał właściwych kwalifikacji i szef kroniki nic w tym układzie nie mógł zmienić. Zapytałem, więc panią Zajiček czy porozumiała się w tej sprawie z panem Sulewskim? Pani Jadzia nie widziała takiej potrzeby. A ja nie mogłem przecież pozbawić pana Sulewskiego zarobku. Muzyka wybrana przez panią Jadzię bardzo mi się podobała, więc zaproponowałem, że muzykę pozostawimy, ale za opracowanie muzyczne zapłacimy Sulewskiemu. Zobowiązałem się załatwić sprawę z panem Ryszardem. Pani Jadwiga Zajiček, niestety, moją propozycję odrzuciła. Ryszard Sulewski podłożył, więc muzykę według własnego pomysłu. Nadspodziewanie szybko przyjechał na Chełmską Zdzisław Andruszkiewicz, zastępca kierownika Wydziału Prasy KC PZPR. Obejrzał obie wersje i oświadczył, że bardziej mu się podoba muzyka, którą przygotowała pani Zajiček. - Mnie też, odpowiedziałem. - To, po co ten spór? Wyjaśniłem mu wszystkie kwestie, a na zakończenie oświadczyłem, że nawet on nie może zmienić mojej decyzji, ale może zmienić redaktora naczelnego, bo to leży w jego kompetencji. Pani Jadwiga Zajiček od tej pory ignorowała mnie przy każdej okazji. A po awansie męża na wysokie stanowisko w Ministerstwie Kultury i Sztuki, wręcz próbowała kierować kroniką. Nie raczyła poinformować mnie, o wyjeździe na urlop. Po urlopie już nie nawiązaliśmy współpracy. Bardzo tego żałowałem, bo talent pani Jadwigi Zajiček wysoko ceniłem. To był jedyny przypadek, gdy zrezygnowałem ze współpracy z osobą, którą bardzo ceniłem. Wypowiedziałem to zdanie u Marii Dehn, gdy wspominaliśmy „stare dobre czasy." - Nie jedyny, odpowiedziała Maria. Zwolniłeś jeszcze Zbyszka Karpowicza. Nie mogłem sobie przypomnieć tego zdarzenia. W domu sięgnąłem do notatek. Zbigniew Karpowicz, podobnie jak wszyscy operatorzy filmował czyn partyjny. Czyn partyjny nawiązywał do leninowskich „subotników." Polegał na tym, że raz w roku członkowie partii w całym kraju, w określoną niedzielę, otrzymywali łopaty bądź grabie i przystępowali do plantowania lub uprzątania zaśmieconych terenów, sadzenia drzew i krzewów. Nie było, to sprzątanie świata, a jedynie Polski. Kronika, oczywiście filmowała. W dwa dni po czynie partyjnym przyszedł do mnie dyrektor wytwórni blady i wystraszony. Oznajmił, że przed chwilą dostał polecenie, aby Zbigniewa Karpowicza zwolnić z pracy za niewłaściwe filmowanie czynu partyjnego. Nie powiedział, kto mu wydał polecenie. Z pewnością nie Wydział Prasy KC PZPR, bo w sprawach kroniki zawsze dzwoniono do mnie. Poinformowałem dyrektora, Edwarda Burbę, że jeszcze nie obejrzałem materiałów i zaprosiłem go na projekcję. Dyrektor zaproponował, aby nie nadawać sprawie rozgłosu, więc projekcja materiałów z czynu odbyła się w redakcyjnym gronie. „Przestępstwo" Zbigniewa Karpowicza polegało na tym, że sfilmował kierownictwo partii na tle napisu „cyrk polsko - radziecki." Poinformowałem o tym dyrektora. I wyraziłem zdziwienie, że z tak błahego powodu nakazano zwolnić operatora, wszak to ujęcie nie musi ukazać się na ekranie. Ale mój rozmówca nie ustępował. Zaproponowałem wtedy, że wystarczy, gdy na pewien czas nazwisko Karpowicza przestanie ukazywać się w PKF i dodałem, że jest on z redakcją bardzo luźno związany, i wyraziłem chęć porozmawiania z nim, o tym osobiście. Dyrektor przyjął moją propozycję, ale oświadczył, że Karpowiczowi wyjaśni wszystko w cztery oczy, albowiem, to on, Edward Burba dostał polecenie, by go zwolnić. Dlaczego Maria Dehn przypisała, to mnie? W parę dni po tym zdarzeniu w stołówce sejmowej do naszego stolika dosiadł się Jerzy Łukaszewicz, sekretarz KC PZPR, kiedy rozmowa zeszła na czyn partyjny koledzy zaczęli opowiadać, że ludzi najbardziej oburza to, iż często uporządkowane tereny w parę dni po czynie są rozkopywane. A dziennikarka z „Życia Warszawy" dodała: to, że rozkopują jest bez znaczenia, przyzwyczailiśmy się wszak do tego, że rozkopaną dziś jezdnię przez wodociągi, po kilku dniach rozkopują panowie od telefonów i tak w kółko. Najzabawniejsze, że mówi się, iż „partyjni grabią Polskę." Łukaszewicz żachnął się, ale natychmiast zaczął się śmiać i powiedział: czego, to nie wymyślą przeciwnicy socjalizmu. Mam nadzieję, że moi współpracownicy wybaczą mi ten krótki, za krótki, opis ich pracy. Mam też nadzieję, że potwierdzą, iż w Polskiej Kronice Filmowej jak w każdej redakcji toczyły się dyskusję i nikogo za poglądy nie prześladowano. Tworzyliśmy kronikę lubianą przez widzów, która jest dziś świadectwem czasów, w jakich żyliśmy. Kronika miała swoje wzloty i upadki. Wszystko, co było w niej godne uwagi jest zasługą zespołu, za wszystko, co złe, tylko ja ponoszę odpowiedzialność, bo do mnie należały ostateczne decyzję. Ale jeśli ktokolwiek zapyta czy wstydzę się za kronikę, odpowiadam: nie. Żal mi tylko, że w ustroju demokratycznym młodzi twórcy Polskiej Kroniki Filmowej, ci, którzy rozpoczęli pracę pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, wykształceni i utalentowani rozproszyli się po różnych małych firmach i nie mogą dać krajowi tego, na co ich stać. A niektórych, jak Ewę Bielską, „demokraci" zwolnili z pracy z Polskiej Kroniki Filmowej. Za co? Bo miała inne wyobrażenie o Polsce niż oni. Wydawało im się, bowiem, że sami będą redagować PKF. Los z nich zadrwił, stali się wszak grabarzami popularnego magazynu filmowego. Nie starczyło im wyobraźni, ani zdolności, by w ustroju bez cenzury stać się wyrazicielami opinii publicznej.

Fotografie