Dzień powszedni

Jak już wspominałem redakcja Polskiej Kroniki Filmowej mieściła się na ulicy Chełmskiej 21. W czterech pokojach pracowało dwunastu operatorów i trzynastu dziennikarzy, jedna osoba w lektoracie i dwie w sekretariacie. Oczywiście bardzo rzadko cała redakcja była w komplecie, operatorzy i dziennikarze pracowali w tzw. „terenie." Zarówno jedni, jak i drudzy nie podpisywali list obecności mieli, bowiem nienormowany czas pracy. Często przebywali w domu, „pod telefonem" i czekali na zlecenia. Stale współpracowali z kroniką montażyści obrazu i dźwięku oraz operatorzy dźwięku, którzy uczestniczyli przy realizacji tzw. „tematów dźwiękowych" - teatry, koncerty, zjazdy, zebrania itp. Wydawało się rzeczą naturalną, że PKF mieści się w Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Mnie to jednak utrudniało życie, WFD bowiem podlegało Ministerstwu Kultury, a na Krakowskim Przedmieściu potrzeby redakcji PKF nie znajdowały zrozumienia. Sprawy płacowe, techniczne i socjalne, które starałem się załatwiać w Naczelnym Zarządzie Kinematografii, ciągnęły się miesiącami. Sądzę, że przyczyny niechęci urzędników brały się stąd, iż nie mieli oni wpływu na treść kroniki. Dla zilustrowania problemu posłużę się jednym tylko przykładem. W lutym 1970 roku wysłałem do dyrektora Wytwórni Filmów Dokumentalnych, Zygmunta Kniaziołuckiego, pismo w sprawie honorarium dla dziennikarza pracującego w kronice, który napisał komentarz do kolejnego wydania. Zdarzało się czasami, że autor tekstu informował redakcję w ostatniej chwili, iż z ważnych powodów nie może napisać komentarza. Wtedy zastępował go dziennikarz naszej redakcji. Ale za tekst otrzymywał mniejsze honorarium niż Karol Małcużyński dziennikarz zatrudniony w „Trybunie Ludu", czy Jerzy Kasprzycki z „Życia Warszawy" - stali autorzy tekstów do PKF. Odpowiedź od dyrektora otrzymałem dopiero po roku!!! Dyrektor Kniaziołucki pouczył mnie w swoim piśmie, że: „Według obowiązujących „Zasad ogólnych" /Tab.I pkt.(/ w wypadku zawarcia umowy z własnym pracownikiem nie pozostającym na warunkach specjalnych dla realizatorów filmowych/ wysokość wynagrodzenia ( za tekst - uwaga M.Ch.) nie może wynosić 2/3 sum ustalonych w tabelach. Jednocześnie wyjaśniamy - pisał dyrektor - iż komentarz do PKF nie jest traktowany jako artykuł publicystyczny, ale jako tekst filmowy. A na koniec Zygmunt Kniaziołucki napisał: „Wysokość honorarium za artykuł publicystyczny w redakcji I kategorii podległej RSW Prasa kształtuje się w granicach 200 - 300 złotych dla przeciętnego dziennikarza oraz 500 - 600 złotych dla wybitnych publicystów jak Karol Małcużyński, Jerzy Kasprzycki, Janusz Roszkowski i inni." Zanim zacząłem pracować w PKF opublikowałem w prasie polskiej około 900 artykułów, między innymi w „Nowej Wsi", „Chłopskiej Drodze", „Przyjaźni" i „Polityce". Zawsze otrzymywałem honorarium za opublikowany materiał nie według tabel, a według oceny redaktora naczelnego bądź kolegium w zależności od jakości artykułu. No cóż, biurokracja w Wytwórni Filmów Dokumentalnych wiedziała lepiej! Może właśnie ze względu na marne zarobki i ciężkie warunki pracy dziennikarze zmieniali się w Kronice dość często. Zespół operatorów natomiast był bardziej stabilny, bo ich zarobki stały na znacznie wyższym poziomie niż dziennikarzy. Nic więc dziwnego, że kroniki monotematyczne były przez dziennikarzy i operatorów mile widziane, bo stwarzały szanse wyższych zarobków. Stosowałem wtedy stawki obowiązujące w filmie dokumentalnym. Osobiście nie byłem entuzjastą wydań monotematycznych, ale godziłem się na nie, aby podnieść honoraria zespołu. Zazdrościłem kolegom z prasy, oni mieli sytuację jasną jak słońce. Dyrektorzy wydawnictw troszczyli się o sprawy techniczne: papier, druk, transport, a Zarząd Główny „RSW Prasa, Książka, Ruch" rozwiązywał sprawy płacowe i socjalne. Nie mówię już o dziennikarzach zatrudnionych w telewizji, którzy byli lepiej sytuowani, jako przedstawiciele nowego środka „masowej informacji i edukacji." Dysponowali też nowocześniejszym i lżejszym sprzętem. Kronika górowała jednak nad telewizją lepszym warsztatem: zdjęciami, montażem obrazu i dźwięku i to sprawiało, że pracownicy kroniki lepiej się rozumieli i tworzyli bardziej związany ze sobą zespół. Łączyły ich także codzienne kłopoty, których nie szczędziło nam życie i ówczesne władze, przede wszystkim rządowe i administracyjne. Pracownicy kroniki mieli, można powiedzieć, bardzo bliski związek z wydarzeniami na całym świecie. Raz w tygodniu każdy, kto był w jakiś sposób związany z redakcją, mógł uczestniczyć w przeglądzie kronik, które docierały do PKF z Europy, tej socjalistycznej i kapitalistycznej oraz materiałów filmowych z całego świata. Najciekawsze były zawsze tematy bądź materiały przysyłane przez kroniki zagraniczne, a także przez placówki dyplomatyczne. Drażniło nas, że wielu tematów z kronik zachodnich nie mogliśmy pokazać na polskich ekranach, bo zapisy „w księdze zakazów" na Mysiej były jednoznaczne i nie podlegały dyskusji. Nie mogliśmy zatem, zamieścić w kronice na przykład lotu „Czarnego ptaka", (Blackbird), samolotu amerykańskiego, który odległość między Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią pokonał w rekordowym czasie w - niecałe dwie godziny. Otrzymaliśmy z USA nadzwyczaj ciekawy materiał filmowy o locie tego samolotu wojskowego nad Atlantykiem. Widzowie polscy, gdybyśmy mogli ten temat pokazać, obejrzeliby wnętrze samolotu, start, lot nad oceanem, tankowanie paliwa w powietrzu i parę innych szczegółów. Niestety, w czasie gdy Związek Radziecki miał „najlepiej wyposażoną armię na świecie", a w dodatku uzbrojenie było utajnione, osiągnięć państw zachodnich nie mogliśmy prezentować. Nie zamieściliśmy też w kronice katastrofy radzieckiego naddźwiękowca Tu-144, który rozbił się podczas pokazowego lotu na „Paris Air Show" 3 czerwca 1973 roku, choć koledzy z Francji przysłali nam materiał w dwa dni po wypadku. Przecież radzieckie samoloty, „najlepsze na świecie" nie mogły rozpadać się w powietrzu. To drażniło cały zespół kroniki, niezależnie od poglądów politycznych każdego z nas. Zdarzało się i tak, że nie ukazywały się na ekranie tematy zlecone kronice przez przedstawicieli rządu. Jeden z takich przykładów opiszę. Pewnego październikowego wieczoru byliśmy z żoną na kolacji u przyjaciół, gdy o godzinie 22 zadzwonił Janusz Kędzierzawski, mój zastępca, i poinformował mnie, że otrzymał od Mieczysława Wojtczaka, pierwszego zastępcy ministra kultury telefon i polecenie sfilmowania i zamieszczenia w kronice następstw wybuchu gazu w Głownie. Polecenie przedstawiciela rządu bardzo mnie zdziwiło, bo władze państwowe nie lubiły pożarów, katastrof, wybuchów gazu i innych nieszczęść. Wręcz zalecały, by pokazywać sielankowy spokój kraju i szczęśliwych obywateli, którzy kochają swoje rządy. Rychło jednak moje zastrzeżenia ustąpiły, doszedłem wszak do przekonania, że Mieczysław Wojtczak, z wykształcenia dziennikarz i nasz kolega ze studiów, zapewne myślał inaczej niż jego starsi koledzy i przełożeni w rządzie. Podjąłem więc kroki, aby jak najszybciej wyjechać z Warszawy. Powiadomiłem Janusza Kuźniarskiego i Sławka Sławkowskiego, aby natychmiast przyjechali na Chełmską. W tamtych czasach wyjazd z wytwórni w nocy wcale nie należał do prostych ani łatwych. Kamery były zamknięte w specjalnym pomieszczeniu, a drzwi zaplombowane. Podobnie miała się sprawa z taśmą i innymi materiałami. Na szczęście operatorzy wiedzieli, kogo należy obudzić i dlatego o świcie dojechaliśmy do Głowna. Stwierdziliśmy, że w mieście (koło dworca kolejowego) pachniało gazem. Ponieważ o piątej rano władze grodu smacznie jeszcze spały, udaliśmy się do komisariatu Milicji Obywatelskiej, wiedząc, że tam czuwają przez całą dobę. Tu dowiedzieliśmy się o szczegółach przebiegu akcji, o ewakuacji mieszkańców, dzielnych strażakach i szczególnie ofiarnych oddziałach ZOMO i ORMO. Podano nam też dokładne informacje, jakie było stężenie „dwutlenku siarki" w powietrzu, a także, ilu poszkodowanych znalazło się w Łodzi w szpitalu. Ta precyzja i chęć udzielenia informacji sprawiły, że w mojej głowie pojawiły się liczne wątpliwości i znaki zapytania. Ponieważ w życiu kierowałem się zasadą, że o wszystkim należy wątpić, a w każdym razie dwa razy sprawdzić, udałem się do władz miejskich, gdzie stwierdziłem, iż przedstawiciele lokalnej administracji, a także miejscowego komitetu partii są mniej wylewni od milicjantów w udzielaniu informacji. Moje wątpliwości jeszcze bardziej wzrosły. W Łodzi, w szpitalu sfilmowaliśmy dzielnych ormowców i zomowców, chłopów na schwał, zdrowych i całych. Na Piotrkowskiej kupiłem miejscowe dzienniki, w których nie znalazłem nawet najmniejszej wzmianki o ulatniającym się gazie z „zakładów ziemniaczanych", oczywiście wskutek niedoinwestowania, jak nas informowano w MO. Materiał filmowy laboratorium wywołało błyskawicznie (nr kat.32808). Obejrzałem go natychmiast, i podjąłem decyzję, że nie ukaże się na ekranach. Moje stosunki z administracją Ministerstwa Kultury i Sztuki i tak nie najlepsze, od tego momentu znacznie się pogorszyły. Życzliwi z Krakowskiego Przedmieścia ostrzegli mnie nawet, że powinienem „uważać", bo nad moją głową zbierają się chmury. Na szczęście mój przyjaciel, Jan Czapczyński, zorganizował, przedstawicielom zespołu PKF, spotkanie z Józefem Tejchmą, wicepremierem, ministrem kultury i członkiem Biura Politycznego KC PZPR. Maria Dehn, Sławomir Sławkowski i ja zostaliśmy przyjęci przez Józefa Tejchmę w gmachu Urzędu Rady Ministrów. Poinformowaliśmy go o pracy Polskiej Kroniki Filmowej, o dorobku i zamierzeniach. Następnego dnia w „Trybunie Ludu" ukazała się krótka informacja zredagowana przez Biuro Rzecznika Prasowego Rządu o tym, że wicepremier przyjął przedstawicieli PKF. I to wystarczyło. Miałem przez dłuższy czas spokój. Wiele lat później, gdy w domu profesora Ryszarda Frelka spotkałem Józefa Tejchmę, podziękowałem mu za okazaną mi wówczas pomoc. Wspominam o tym nie bez powodu. W tamtych czasach wizyta u członka Biura Politycznego KC PZPR i notatka w organie prasowym partii miała ogromne znaczenie. Oto pewnego razu w holu Komitetu Centralnego PZPR w drodze do windy zupełnie przypadkowo, spotkałem Edwarda Babiucha, wówczas premiera. Towarzyszył mu Krystyn Dąbrowa, mój młodszy kolega ze studiów, któremu dawałem rekomendację do partii. Krystyn przywitał się ze mną, przedstawił mnie premierowi i przez kilka minut rozmawialiśmy o PKF, bo premier zapytał grzecznościowo:, co słychać w kronice? Pamiętam, że opowiedziałem im o zdarzeniu, jakie przytrafiło się Eli Zawistowskiej samotnie wracającej fiatem 125p z Poznania do Warszawy. We Wrześni zabrała autostopowicza. Jak się po kilku minutach jazdy okazało wyszedł on właśnie z więzienia. Odsiedział swoje za zabójstwo, więc go wypuścili. Ela, z duszą na ramieniu wiozła pasażera, prosząc w duchu Pana Boga, aby podrzucił jej jeszcze jakiegoś przyzwoitego gościa. Najwyższy wysłuchał widocznie błagań wystraszonej Eli, bo w Koninie najprawdziwszy milicjant zatrzymał samochód i zapytał, czy go zabierze do stolicy. Ela głosem pełnym radości odrzekła: panie władzo, czy wyglądam na taką, co władzy odmawia drobnej przysługi? Zbrodzień przesiadł się na tylne siedzenie, a milicjant usadowił się po prawej ręce Eli. Gdy szczęśliwie dotarli do Warszawy, milicjant służbista, zamiast podziękować, oznajmił, że trzykrotnie naruszyła kodeks drogowy, wręczył mandat oniemiałej Eli, która ze złości i bezradności zalała się łzami. Wtedy były więzień pocieszył ją słowami: „Nie płacz dziewczyno. Glinę spotkała większa kara. Podpieprzyłem mu, jeszcze nie rozpieczętowany bloczek z mandatami, będzie go to kosztować sto razy więcej niż twój mandat". Wręczył jej bloczek i bez słowa opuścił samochód. Babiuch i Krystyn śmiali się głośno. W tym właśnie momencie przechodziło dwóch pracowników wydziału prasy. Nie ulega wątpliwości, że zauważyli rozbawione miny moich słuchaczy, bo gdy w końcu dotarłem na drugie piętro zapytali, co łączy mnie z premierem...? Żartując odpowiedziałem, że „kronikę finansuje rząd, więc moje kontakty z premierem są rzeczą naturalną..." Po kilku dniach dowiedziałem się, że jestem człowiekiem Babiucha! Polska Kronika Filmowa - „oczko w głowie" - wcale nie była przez władze rozpieszczana. W miarę jak zaczynała samodzielnie patrzeć na Polskę pojawiały się kłopoty. Już w październiku 1978 roku po raz pierwszy odczuliśmy brak taśmy. Powiadomił o tym redakcję Franciszek Jaskulski, dyrektor naczelny Łódzkich Zakładów Wytwórczych Kopii Filmowych. Wystąpiłem wtedy z pismem do kierownika Wydziału Prasy Radia i Telewizji KC PZPR, Kazimierza Rokoszewskiego, w którym pisałem: „Dyrektor Jaskulski ponadto poinformował nas, że interweniował w tej sprawie w Naczelnym Zarządzie Kinematografii, w Warszawskich Zakładach Fotochemicznych i Zjednoczeniu Przemysłu Organicznego „Organika", ale bez skutku." Interwencja u kierownika pomogła. Ale od tej pory brak taśmy wisiał nad kroniką jak miecz Damoklesa. W kwietniu 1979 roku pisałem w sprawie taśmy do wicepremiera i członka Biura Politycznego, Jana Szydlaka. Aż nadszedł rok 1981. Na początku kwietnia dowiedziałem się, że Polska Kronika Filmowa przestanie ukazywać się na ekranach kin. Natychmiast zadzwoniłem do Urzędu Rady Ministrów, do gabinetu wicepremiera Mieczysława Rakowskiego. Poinformowano mnie, że wicepremier jest w Sejmie. Pojechałem na Wiejską. Wchodziłem do gmachu wejściem przez hotel sejmowy. Miałem szczęście, spotkałem Mieczysława Rakowskiego w starym budynku hotelu sejmowego, gdy kupował w kiosku gazety. Opowiedziałem mu o kłopotach z taśmą. Poprosił o notatkę, którą dostarczyłem osobiście do dyrektora gabinetu w ciągu godziny. Następnego dnia zadzwonił do mnie Wojciech Mazurkiewicz z „Kuriera Polskiego" z pytaniem, czy to prawda, że PKF znika z ekranów? 14 kwietnia 1981 roku „Kurier Polski" informował swoich czytelników: „Zaskakująca i smutna decyzja. Polska Kronika Filmowa znika z ekranów kin!" Wojciech Mazurkiewicz pisał: „Wśród kinomanów rozeszła się plotka, że zlikwidowana została Polska Kronika Filmowa, działająca od ponad 36 lat, w czasie, których towarzyszyła na ekranach kilku pokoleniom, dokumentując całą naszą powojenną historię. Plotka wydała nam się absurdalna, ale postanowiliśmy sprawdzić ją „u źródła", czyli u red. naczelnego PKF, Mirosława Chrzanowskiego: - Niestety, to prawda. W miniony piątek otrzymaliśmy wiadomość od dyr. Departamentu Produkcji i Techniki Filmowej Naczelnego Zarządu Kinematografii, Stanisława Sławka, który poinformował nas, że Kronika przestaje ukazywać się w kinach z powodu ...braku taśmy. Motywacja ta wydaje mi się nieco dziwna, gdyż... zapasy zgromadzone w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie i Zakładach Kopii Filmowych w Łodzi starczyłyby na przynajmniej miesiąc... Czy decyzja Naczelnego Zarządu Kinematografii była jakoś wcześniej z Wami konsultowana? Absolutnie nie. Dowiedzieliśmy się o tym z dnia na dzień. Nie dano nam nawet szansy przygotowania pożegnalnego wydania..." Artykuł „Kuriera Polskiego" wywołał natychmiastową reakcje prasy. Małgorzata Dipont w „Życiu Warszawy" zamieściła artykuł pt. „Alarm!" A „Express Wieczorny" już 15 kwietnia informował: „Decyzja o likwidacji PKF nie przetrwała 24 godzin." Prasa wojewódzka też nam okazała solidarność. Widzowie wsparli PKF listami i telefonami. Ale tak naprawdę Polską Kronikę Filmową przed zapędami urzędników uratował Mieczysław F. Rakowski. Na marginesie tych kronikarskich zapisków dodam, że 29 marca 1981 roku w „Kulturze", w felietonie „Puknijmy się w kronikę" poddał PKF ostrej krytyce, Krzysztof Teodor Toeplitz, a 12 kwietnia 1981 roku zaatakował mnie na łamach „Kultury" osobiście, o czym szerzej pisałem w rozdziale „Krytycy PKF." Czy był to zbieg okoliczności? Przypadek? W tamtych czasach takie rzeczy się nie zdarzały. Polska Kronika Filmowa w coraz większym stopniu niż w przeszłości stawała się głosem opinii publicznej. Świadczyły o tym listy i telefony widzów, gdy w prasie codziennej pojawiły się informacje o likwidacji PKF. Ale biurokracja, po fiasku z taśmą, nie zrezygnowała z chęci przejęcia kontroli nad redakcją PKF. Pod koniec września 1981 roku w Wytwórni Filmów Dokumentalnych pojawił się projekt nowego statutu tej instytucji, który zmierzał do pozbawienia PKF samodzielności programowej. Do opracowania tego projektu nie zaproszono przedstawiciela redakcji PKF. Kolegium PKF zareagowało na ten projekt natychmiast. Udowodniło, że autorzy statutu nie znają obowiązującego w Polsce prawa, nie mają pojęcia o organizacji pracy i roli zespołów redakcyjnych w życiu społecznym. Zespół Polskiej Kroniki Filmowej, po długiej i burzliwej dyskusji podjął w tej sprawie rezolucję, która ukazała się w prasie filmowej i kilku dziennikach. Oto jej treść: „ Rezolucja podjęta na zebraniu zespołu Polskiej Kroniki Filmowej w dniu 12. X. 81 r. Polska Kronika Filmowa została zaliczona przez Komisję Mieszaną do pierwszej grupy redakcji prasowych telewizyjnych i filmowych. W ten sposób uzyskaliśmy takie same prawa, jak inne redakcje, które działają w ramach odpowiednich wydawnictw. Taką samą funkcję jak wydawnictwa prasowe wobec swoich redakcji pełni w odniesieniu do PKF - Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i tak też zawsze ją traktowaliśmy. Pragniemy dodać, że Polska Kronika Filmowa posiada własny budżet, z którego opłacane są wydatki związane z realizacją 104 wydań w ciągu roku. Podkreślaliśmy zawsze i podkreślamy nadal, że pod względem programowym stanowimy całkowicie samodzielną redakcję, której zadania określa - tak jak w redakcjach prasowych - powołane do tego celu kolegium. W związku z toczącą się dyskusją nad reformą kinematografii zgłaszamy propozycję wprowadzenia zmian w zasadach działania PKF. - Redakcja PKF działa na zasadach samodzielnego i samofinansującego się zespołu. W tym celu we wszystkich kinach zostałyby wprowadzone dodatkowe bilety na PKF; nasza działalność byłaby finansowana między innymi z tych wpływów. - Redakcja PKF przejmuje pod swój zarząd wszystkie własne materiały archiwalne i dochody ze sprzedaży tych materiałów, a dochody ze sprzedaży tych materiałów również wprowadza do swojego budżetu. - PKF - jak każda redakcja - ma prawo zamieszczać ogłoszenia. Aby jednak nie zniekształcać formy PKF, ogłoszenia będą realizowane w odrębnych materiałach filmowych. - Redakcja PKF działając na zasadach samodzielnego i samofinansującego się zespołu będzie miała prawo przyjmować zlecenia od kontrahentów zagranicznych by w ten sposób zapewnić sobie udział we wpływach dewizowych." Za zespół PKF delegat Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich - Elżbieta Zawistowska. Redaktor Naczelny PKF - Mirosław Chrzanowski. Zanim zespół podpisał się pod rezolucją, zapoznał się z wynikami badań dotyczącymi oglądalności kroniki w kinach. Usytuowanie redakcji PKF w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, jako jednostki samodzielnej pozwoliłoby obniżyć koszty wyprodukowania jednego wydania PKF. Kolegium PKF wskazało w swoim stanowisku na nonsensy, które „nie pozwalają na oszczędne prowadzenie gospodarki, ponieważ nikt za nic nie odpowiada." „Zdaniem Kolegium Polskiej Kroniki Filmowej - czytamy w dokumencie - usytuowanie archiwum, jako samodzielnego wydziału podlegającego bezpośrednio dyrektorowi WFD jest nieporozumieniem. Archiwum musi podlegać temu, kto je tworzy. Głównym twórcą archiwum jest PKF i PKF musi ono podlegać... Wpływy finansowe powinny być odprowadzane na konto PKF... Kierownik archiwum... zostałby zastępcą redaktora naczelnego PKF..." Z rozmów z kolegami zagranicznymi wiedziałem, że archiwa kronik przynoszą ogromne dochody. Francuzi zrobili majątek, sprzedając Chińczykom materiały filmowe z wielkiego marszu armii dowodzonej przez Mao Tse Tunga (Mao Zedonga). Nasze archiwum też przynosiło wówczas niebagatelne dochody. Poza tym kronika, jako firma ceniona przez zakłady pracy, mogła sprzedawać swoje materiały fabrykom, kopalniom, hutom itp. Wielokrotnie otrzymywaliśmy w tej sprawie pytania, ale nie przyjmowaliśmy takich zleceń, bo nie chcieliśmy podnosić kosztów produkcji kroniki, bowiem wpływy ze sprzedaży naszych materiałów księgowano na koncie WFD. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że stanowisko zespołu PKF zawarte w rezolucji jest nie tylko odważne, ale i nowatorskie, zwłaszcza w kwestii samodzielności programowej. Wiedzieliśmy, że kronika musi stać się wyrazicielem opinii widzów w większym niż dotychczas stopniu. Stanowisko kolegium i zespołu redakcji PKF na pewien czas zastopowały poczynania administracji wytwórni i ministerstwa. Ale w tym właśnie czasie zespół Polskiej Kroniki Filmowej musiał poradzić sobie z następnym zagrożeniem, które przyszło z najmniej spodziewanej strony. Zanim przedstawię go szczegółowo, muszę cofnąć się w przeszłość. W czasie gdy kierowałem zespołem Polskiej Kroniki Filmowej, dwukrotnie, na prośbę moich kolegów ze studiów, okazałem im pomoc. Pierwszy raz Jerzemu Maczkowskiemu, dziennikarzowi Polskiego Radia. Poprosił mnie o pracę, gdy zwolniono go z Polskiego Radia. Znałem go bardzo dobrze, bo przez cztery lata studiowaliśmy na jednym roku i w jednej grupie seminaryjnej. Jurek po studiach zaczął pracować w Polskim Radiu i rychło stał się jednym z bardziej znanych dziennikarzy radiowych. Tematy, jakie prezentował „na warszawskiej fali" były bardzo interesujące i niemal „kronikalne." Uznałem, że pytanie o powody zwolnienia byłoby niestosowne. Przyjąłem go, bo miałem w redakcji wolny etat dziennikarski. Jurek z właściwą sobie energią przystąpił do realizacji tematów, nie napotykał na kłopoty związane z innym rodzajem dziennikarstwa. Zespół kroniki przyjął go życzliwie. Po kilku miesiącach operator Zbyszek Skoczek przyszedł do mnie i przekazał mi kilka swoich spostrzeżeń dotyczących pracy Jurka w czasie realizacji tematów. Chodziło o to, że przy realizacji jakiegoś „morskiego" tematu zgłoszonego przez Maczkowskiego nie wypłynął on łodzią w morze na zdjęcia. Uwagi Zbyszka nie nosiły znamion skargi, zaczęliśmy więc zastanawiać się nad tym, co mogło być przyczyną zachowania Jurka? W końcu doszliśmy do wniosku, że trzeba zapytać o to zainteresowanego. Zrobiłem to przy najbliższej okazji spytałem przyjaciela, dlaczego nie popłynął w morze? Odpowiedział, że przeżywał tego ranka niesamowity ból głowy. Poinformowałem Zbyszka Skoczka, o przyczynie, dla której Jurek nie popłynął w morze i uznałem sprawę za zakończoną. Ale tylko na pewien czas, albowiem inni operatorzy zaczęli mnie informować o nietypowym zachowaniu w czasie robienia zdjęć. W końcu okazało się, że Jurek jest ciężko chory i musi poddać się bardzo poważnej operacji. Kiedy znalazł się w szpitalu, operatorzy, którzy zgłaszali mi uwagi na temat kolegi poczuli się nieswojo, na tyle źle, że uznali za słuszne przyjść z tym problemem do mnie. Nikt, nawet sam zainteresowany, nie mógł mieć o to do nich pretensji, Jurek z pewnością nie miał, gdy wrócił do redakcji rozmawiałem z nim o tym. Przystąpił z właściwą sobie energią i pomysłowością do pracy. Cieszyliśmy się wraz z nim, że operacja skończyła się sukcesem. Niestety, Jerzy Maczkowski, znakomity dziennikarz, wspaniały człowiek i kolega odszedł od nas na zawsze. Drugim człowiekiem, któremu okazałem pomoc i przyjąłem do pracy był Janusz Otamara. Przyszedł do redakcji i poprosił, abym dał mu pracę w redakcji PKF. Poznałem go na Wydziale Dziennikarskim jako Janusza Nowaka, studiował rok niżej ode mnie, a nazywano go „Kanapa", prawdopodobnie z tego powodu, że nosił dość niespotykaną w owych czasach kurtkę w dużą kolorową kratę. Był młodzieńcem przystojnym, cieszył się jednak opinią dziwaka. Może dlatego, że jego ubiór i sposób bycia odbiegały nieco od obowiązującej w latach pięćdziesiątych siermiężnej normy. Gdy pojawił się w redakcji, przy kawie, zapytałem go, dlaczego zmienił nazwisko? - W tamtych stalinowskich czasach - odpowiedział - nie chciałem drażnić władz. Otamara, jest nazwiskiem dość znanej tatarskiej rodziny, której członkowie walczyli z bolszewikami, sam wiesz, co mi za to w tamtych czasach groziło. Owszem wiedziałem. Mój ojciec walczył w armii generała Maczka, ciężko ranny przebywał w czasie moich studiów w Anglii. Skutki tego odczuwałem na własnej skórze. Najpierw prodziekan wydziału pan Kowalewski, przekonywał mnie długo do zmiany kierunku studiów, a gdy uparłem się przy dziennikarstwie (miałem dyplom przodownika nauki i pracy społecznej i mogłem studiować na każdym wydziale bez zdawania egzaminu) nie otrzymałem akademika, stypendium i tylko dzięki moim przyjaciołom - członkom partii - nie usunięto mnie z uniwersytetu. Janusz Otamara zaczął więc pracować w kronice. Zespół podśmiewał się trochę z jego dziwactw, ale w końcu przyzwyczaił się do niekonwencjonalnego sposobu bycia redaktora, z czego, nie ukrywam, byłem zadowolony. Musiał zwrócić na siebie uwagę nawet dyrektora wytwórni, bo pewnego dnia Marian Kruczkowski zaproponował mi, aby Otamara został moim zastępcą. Tyle razy sprzeciwiałem się personalnym propozycjom mojego przyjaciela dyrektora, że tym razem wyraziłem zgodę, choć Janusz Kędzierzawski - mój zastępca nie potrzebował pomocnika. Potraktowałem awans Otamary, jako sposób na podniesienie płacy jednemu z dziennikarzy. Nie miałem zastrzeżeń do jego pracy. W problematyce politycznej, Otamara orientował się bardzo dobrze. Zrealizowaliśmy razem wydanie kroniki poświęcone strukturom poziomym w partii w Łodzi. Janusz zyskał zaufanie młodych naukowców wyższych uczelni w tym mieście, którzy byli bohaterami wspomnianego wydania. Nikogo w redakcji nie zdziwiło, że wysłałem go na I Zjazd „Solidarności" do Gdańska i poleciłem, aby przygotował monotematyczne wydanie PKF. Wszystko przebiegało normalnie do czasu, kiedy Otamara przedstawił roboczą, wersję tego wydania. W zasadzie nie miałem większych zastrzeżeń. Kronika była oczywiście za długa, ale to normalne. Dziennikarze zawsze przedstawiali za długie propozycje, „aby szef miał, co wyrzucić." Drugie moje zastrzeżenie dotyczyło strony merytorycznej. Autor wydania nadmiernie wyeksponował „Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej" uchwalone na zjeździe. Zaproponowałem, by zrezygnować z tego fragmentu. Otamara wzburzył się w niebywale emocjonalny sposób i zarzucił mi, że usiłuję fałszować historię, a w dodatku chcę go skompromitować przed delegatami na zjazd „Solidarności"! Kiedy już trochę ochłonął, usiłowałem go przekonać do moich racji. Tłumaczyłem: cenzura nie zgodzi się na ten fragment, jeśli go nie skrytykujemy w duchu, jaki zaprezentował organ partii. Chciałem tego uniknąć. Sam zresztą byłem wówczas przekonany, że posłanie nie poderwie robotników Europy Wschodniej do wyrażenia solidarności z polskimi robotnikami i nie ukrywałem, że uchwalenie tego dokumentu było przejawem polskiej megalomanii. Miałem przecież świeżo w pamięci, jak na robotniczą solidarność zareagowali moi przyjaciele ( szczególnie na wręczanie pieniędzy Lechowi Wałęsie przez związkowców szwedzkich) przedstawioną w kronice o powstaniu „Solidarności" w 1980 roku. Janusz Otamara nie ustępował. Podjąłem, więc decyzję, że wydanie nie ukaże się na ekranach, że poczekamy na drugą część Zjazdu, na którą wysłałem ekipę z redaktorem Bogdanem Saganowskim. Polska Kronika Filmowa dostała akredytację na drugą część zjazdu, ale już pierwszego dnia otrzymałem wiadomość, że władze „Solidarności" zezwolenie na filmowanie cofnęły. Zapytałem przewodniczącego naszej wytwórnianej „Solidarności", czy zna powody cofnięcia akredytacji? Nie znał, ale obiecał pomoc. Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy moim samochodem do Gdańska. Pan Ryszard Krawz w drodze do Gdańska poinformował mnie, iż są szanse na przywrócenie akredytacji, jeśli podpiszę zobowiązanie, że przedstawię zmontowaną kronikę ze zjazdu wraz z komentarzem, Komisji Zakładowej Solidarności i samorządowi artystycznemu Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Wtedy zdałem sobie sprawę, że rolę cenzury przejmuje „Solidarność". Ponieważ nie miałem złych zamiarów w stosunku do nowej siły politycznej, zapytałem przewodniczącego, czy ma przy sobie dokument, który muszę podpisać? Odparł, że przygotujemy go na miejscu w Hali Oliwii. Rozmowy na zjeździe w sprawie akredytacji prowadziłem z panem Januszem Onyszkiewiczem. Nie trwały one długo, po kilku minutach przedstawiono mi dokument do podpisania. Pan Ryszard Krawz był lepiej ode mnie przygotowany, bo miał ze sobą dwie pieczątki, którymi uroczyście przyozdobił dokument, ja podpisałem go tylko swoim nazwiskiem. Sądziłem, że po złożeniu podpisu ekipa PKF wejdzie na salę obrad. Myliłem się jednak bardzo! Janusz Onyszkiewicz nie uprzedził mnie, że decyzję o dopuszczeniu Polskiej Kroniki Filmowej na salę obrad, jak przystało na demokratyczną organizację, musi zatwierdzić zjazd „Solidarności"! Uzmysłowiłem sobie wtedy z całą wyrazistością, że w ten sposób nowa siła polityczna - „Solidarność" - prowadzi walkę ze starą siłą polityczną - Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. O konsekwencjach nie myślałem. Dla mnie było ważne, że dziennikarze akredytowani na Zjeździe poparli Polską Kronikę Filmową. W czasie przerwy w obradach otrzymałem mnóstwo gratulacji od kolegów. Maciej Wierzyński zapytał mnie jedynie, czy zdaję sobie sprawę z tego, że złamałem zalecenia KC PZPR w sprawie współpracy „środków masowego przekazu" z „Solidarnością?" Przyznaję, że takiego zalecenia nie znałem. W kuluarach dowiedziałem się też od dziennikarzy, że na zjeździe przebywa Janusz Otamara i opowiada o mnie niesamowite rzeczy i że to właśnie jego opowieści spowodowały cofnięcie akredytacji. Do Warszawy wróciliśmy z Ryszardem Krawzem po północy. Renia, moja żona, powitała mnie słowami: dzwonił Janusz Kędzierzawski i prosił, abym przekazała ci wiadomość, że ekipa Polskiej Kroniki Filmowej została odwołana ze zjazdu „Solidarności." Rano, prosto z domu pojechałem do KC PZPR, aby dowiedzieć się, dlaczego wycofano ekipę kroniki. Pierwszym człowiekiem, którego spotkałem na korytarzu Wydziału Prasy, był Jan Grzelak. Zapytał mnie bez ogródek: co ty tu jeszcze robisz w tym gmachu? Kazimierz Królikowski zaś, gdy wszedłem do jego pokoju, nie owijając w bawełnę, poradził: bierz szybko zwolnienie lekarskie i nie pokazuj się w wydziale co najmniej przez dziesięć dni, abym nie musiał cię zwolnić z pracy! W redakcji wrzało. Piątego października 1981 roku odbyło się zebranie zespołu redakcyjnego PKF z udziałem przedstawicieli związków zawodowych działających w WFD i sekretarza POP. Janusz Otamara, mimo że był w redakcji, nie przyszedł na zebranie. Poinformowałem zespół redakcyjny o historii związanej z realizacją wydania i o tym, kto odwołał ekipę PKF z drugiej części Zjazdu „Solidarności." W protokóle tak zapisano moje uzasadnienie: „wydanie poświęcone pierwszej turze Zjazdu Solidarności przygotowane przez red. Otamarę i przedstawione w formie „surowej" w długości ponad 700 metrów nie zostało przez red. naczelnego przyjęte, ponieważ zaproponowany przez red. Otamarę układ obraziłby władze jak i Solidarność." Przewodniczący „Solidarności" w WFD, Ryszard Krawz, poinformował zebranych (cytaty pochodzą z protokołu), że: „...przed dwoma tygodniami do Solidarności WFD, przyszedł J. Otamara i powiedział, że przygotował doskonałą kronikę z przebiegu pierwszej tury obrad I Zjazdu Solidarności w Gdańsku, której red. nacz. PKF nie chce przyjąć. Red. Otamara nie zgadza się z opinią red. Chrzanowskiego. Wobec takiej opinii kronikę obejrzał przewodniczący Solidarności WFD Ryszard Krawz oraz przedstawiciele Solidarności oraz Rady Programowej WFD. Wszyscy byli zdania, że kronika w takiej formie nie może ukazać się na ekranach. Kiedy Ryszard Krawz znalazł się w Gdańsku z red. Chrzanowskim dowiedzieli się, że Biuro Organizacyjne Zjazdu zgadza się, aby kronika filmowała przebieg Zjazdu w takim składzie jak odbywało się to w czasie trwania pierwszej tury... Uzgodniono, że Komisja Zakładowa Solidarności WFD złoży poręczenie za ekipę PKF w nowym składzie, a red. Chrzanowski podpisał zobowiązanie, że materiały nakręcone przez PKF będą mogli obejrzeć członkowie Solidarności WFD przed ich publikacją. Po powrocie do Warszawy okazało się, że na polecenie KC PZPR kronika została odwołana z Gdańska. W dniu 2. X. br. telefonował z Gdańska reż. Andrzej Chodakowski z informacją, że J. Otamara na Zjeździe rozpowszechnia oświadczenie przeciwko Kronice i red. Chrzanowskiemu. Wg. informacji reż. Chodakowskiego w oświadczeniu była informacja, jakoby kronika z pierwszej tury Zjazdu miała mieć taką właśnie formę na polecenie red. nacz. PKF. Kronika ta miała być publikowana w dniu 22 września br., kiedy, to miały wkroczyć do Polski wojska radzieckie..." Otamara twierdził, że o wkroczeniu wojsk radzieckich do Polski powiedziałem mu osobiście, a mnie tę informację miał przekazać Stefan Olszowski. To nie jest sen chorego na schizofrenię. Cytuję te fragmenty protokołu, bo one świadczą najlepiej, w jakiej atmosferze toczyło się wówczas życie polityczne w kraju. Ale pokazują także, że w jakie brednie gotowi byli uwierzyć rozumni ludzie. Wyjaśniałem na zebraniu, że zeStefanem Olszowskim nigdy w życiu nie zamieniłem ani jednego słowa! Doprawdy, do dziś nie wiem, jakim celom miała służyć ta prymitywna insynuacja. Oto potężny człowiek w partii przekazuje dokładną informację o rzekomym wkroczeniu wojsk radzieckich do Polski redaktorowi kroniki, który ma przygotować na jej powitanie wydanie ze zjazdu „Solidarności." Taki numer nie przeszedłby w żadnym kabarecie. A jednak poważni ludzie poważnie się nad twierdzeniami Otamary zastanawiali. Burzliwy przebieg zebrania zakończył się podjęciem oświadczenia następującej treści: „Zespół Polskiej Kroniki Filmowej na zebraniu w dniu 5 października 1981 roku zdecydowanie odcina się od działalności Janusza Otamary na I Zjeździe NSZZ „Solidarność" w Gdańsku. Jego postępowanie jest sprzeczne z zasadami etyki dziennikarskiej i sprawia wrażenie świadomej prowokacji. W związku z tym zespół PKF kieruje sprawę do rzecznika dyscyplinarnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Uważamy, że Janusz Otamara swoim postępowaniem sam postawił się poza zespołem naszej redakcji." Po pierwszym zebraniu zastanawialiśmy się nad motywami postępowania Janusza Otamary. Ponieważ dwie koleżanki, red. red. Maryla Góralczyk i Janina Motylińska, zaproponowały, aby nie podejmować decyzji w czasie gdy Janusz Otamara jest nieobecny na zebraniu, w dwadzieścia jeden dni później odbyło się następne zebranie, które prowadziła Elżbieta Zawistowska, delegat redakcyjny SDP, a Zarząd Główny SDP reprezentowała Krystyna Sprusińska. Wydaje mi się, że na tym zebraniu znaleźliśmy odpowiedź na nurtujące nas pytania, dlaczego J. Otamara zachował się w taki sposób. Sięgam do protokółu z drugiego zebrania ( 26. X. 1981): „Potem wokół niego - kontynuuje red. Otamara - powstała w Gdańsku dziwna atmosfera, rozeszła się o nim informacja, że jest nieprzyjazny „Solidarności", że jest agentem SB. Ludzie zaczęli się od niego odsuwać. Zaczął im wtedy tłumaczyć, że to wszystko plotki, intrygi, że to wszystko nieprawda. Red. Otamara mówi, że nie był agentem SB ani konfidentem. To wszystko plotki. Problem swój przedyskutował z delegatami Regionu Szczecińskiego Jurczykiem i Olejnikiem. Poradzili mu, żeby wystąpił na Zjeździe w swojej obronie. Że tylko forum Zjazdu może go obronić. Po namyśle postanowił, że napisze i odczyta napisane przez siebie oświadczenie, które uprzednio dał do przeczytania kilku osobom. Postanowiono, że oświadczenie będzie odczytane. Natomiast, kiedy z treścią oświadczenia zapoznało się jeszcze kilka osób m. in. reż. A. Chodakowski z WFD poradzili mu, żeby jednak nie czytał oświadczenia. W efekcie końcowym oświadczenie nie zostało odczytane na Zjeździe, natomiast na prośbę zespołu odczytane zostało na zebraniu. Treść oświadczenia nie była protokółowana, jest ono nie do powtórzenia, ponieważ red. Otamara twierdzi, że zniszczył je po przeczytaniu. W związku z tym nie mogę załączyć go do protokółu. Następnie red. Otamara opowiada o swoim spotkaniu z Michnikiem, w kontekście informacji rozpowiadanych przez A. Michnika na jego temat. Mówił, że spotkał się z nim w kawiarni „Na Rozdrożu" i zapytał Michnika skąd go zna. Michnik odpowiedział, że pamięta go ze spotkania w 1968 roku w Instytucie Historii, ze spotkania z płk. Załuskim, ze spotkania na ul. Kickiego z Leszkiem Kołakowskim, ze spotkania młodych literatów w Lublinie, a poza tym dziwi Michnika fakt, że Otamara zmienił nazwisko. Zapytał, dlaczego to zrobił? Tu Otamara wyjaśnił przyczynę swoich pobytów na spotkaniach oraz okoliczności, w których zmienił nazwisko /względy rodzinne/. W dalszym ciągu red. Otamara wyjaśnia, że przed 19 - tu laty pracował w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Zgłosili się wtedy do niego pracownicy wywiadu i zaproponowali mu pracę korespondenta zagranicznego ze współpracą dla kontrwywiadu. Stwierdził, że wszyscy korespondenci pracują w wywiadzie. Zgodził się, bo go to zainteresowało. Po przeszkoleniu czekał na wyjazd. Wyjazd nie nastąpił. Został wezwany i zaproponowano mu zajęcie się sprawą tow. Mijala i KPP. Nie wyraził na to zgody i w ten sposób po długich perypetiach zakończył współpracę z kontrwywiadem. Został także dyscyplinarnie zwolniony z Instytutu Spraw Międzynarodowych. Jakiś czas był bez pracy, po czym otrzymał propozycję pracy ratownika z wyjazdem do Bułgarii. Wyjechał w 1967 roku i podczas tej pracy poznał Szwedkę, z którą ożenił się w 69 roku. Z braku jednak paszportu i niemożności wyjazdu do żony, którego mu władze kilkakrotnie odmawiały w 73 roku przeprowadził rozwód. Paszport otrzymał dopiero w 76 roku.." Zaraz po wystąpieniu Otamary zabrała głos Elżbieta Zawistowska, która: „...odpowiada red. Otamarze, że nikt z nas na poprzednim zebraniu, ani po zebraniu nie czynił red. Otamarze zarzutów z tego powodu, że jest lub był pracownikiem kontrwywiadu, ponieważ to nie może być zarzutem wobec człowieka. Poza tym nie rozumie działań red. Otamary po decyzji przełożonego, że kronika z I tury Zjazdu „Solidarności" idzie do archiwum. Ostatecznie przełożony ma prawo decydować czy materiał jest do publikacji czy nie, ponieważ też się pod nim podpisuje..." W protokóle czytamy: „R.Krawz wyjaśnia, że w sprawie współpracy red. Otamary z kontrwywiadem miał już wiadomości w marcu br., ale nie nadawał temu żadnego biegu...ponieważ wiadomości te nie były potwierdzone i nie chciał, aby rozchodziły się plotki... Ryszard Krawz przypomina, że prosił red. Otamarę o pokazanie materiałów z I tury Zjazdu „Solidarności" w całości, ponieważ był ciekaw jak przebiega Zjazd. Red. Otamara obiecał mu, że pokaże materiał. Skończyło się na obietnicy. Przyszedł dopiero do „Solidarności", jak red. Chrzanowski zatrzymał mu kronikę i powiedział, że red. Chrzanowski odsuwa go od pracy. W tej sytuacji prosił „Solidarność" o interwencję. Wtedy R. Krawz poprosił red. Chrzanowskiego o pokazanie zmontowanej kroniki i projekcja odbyła się w obecności reż. Brzozowskiego, Piekutowskiego i Chodakowskiego. Wszyscy stwierdzili, że w takim stanie kronika nie może ukazać się na ekranie." Janusz Otamara nie mógł racjonalnie uzasadnić swojego postępowania. Kłamał i mataczył. Twierdził, że to ja żądałem, by za „posłanie" skrytykować „Solidarność", a ja przekonywałem go przecież, że nie chcę krytykować decyzji zjazdu. Nie przekonał zespołu redakcji PKF do swoich racji. Podsumowując dyskusję, Elżbieta Zawistowska powiedziała, że zespół podtrzymuje swoje stanowisko zajęte piątego października „...przyjmuje wniosek o skierowanie sprawy red. Otamary do Sądu Dziennikarskiego SDP". Jedyną osobą, która wzięła w obronę Otamarę była przedstawicielka Komisji Interwencyjnej SDP, Krystyna Sprusińska. Wyjaśniła zebranym: „... że atmosfera na Zjeździe była bardzo nerwowa, decyzje zmieniały się równolegle z odwołaniami tych decyzji, że manipulowało się tym wszystkim. Zwraca się do zebranych z propozycją ponownego zajęcia stanowiska w sprawie red. Otamary w świetle złożonych przez niego wyjaśnień". A gdy wypowiedzi obecnych na zebraniu były jednoznacznie nieprzychylne... „E. Sprusińska ponownie zwraca się do zespołu z propozycją pojednawczą, aby zastanowić się czy pierwsze oświadczenie w sprawie red.Otamary nie odbyło się pod wpływem emocji". Na zakończenie wystąpienia dodała „...że będzie broniła red. Otamary, ponieważ widzi podstawę do obrony". Dlaczego nie zgodziłem się na kronikę ze Zjazdu „Solidarności?" Relacja przygotowana przez J. Otamarę nie miała nic wspólnego z rzetelnym dziennikarstwem. Mój pogląd potwierdzili trzej reżyserzy, Andrzej Brzozowski, Andrzej Chodakowski i Andrzej Piekutowski, którzy obejrzeli wersję zaproponowaną przez Otamarę. Dodam w tym miejscu, że trzej panowie „A" należeli do zdecydowanych przeciwników ustroju, a ja nie musiałem im pokazywać żadnych materiałów, przecież oni nie pokazywali mi swoich filmów. Wyszedłem jednak z założenia, że ich profesjonalizm weźmie górę nad ideologią i polityką. Andrzej Brzozowski, wybitny twórca filmów dokumentalnych, nie mógł mi nie przyznać racji, Andrzej Chodakowski współtwórca „Robotników 80" też nie musiał stawać po stronie partyjnego redaktora naczelnego PKF, mimo że korzystał z materiałów kroniki nakręconych w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. Z Andrzejem Piekutowskim dzieliło i dzieli mnie wszystko, ale i ten twórca nie mógł poprzeć „gniota" przygotowanego przez Janusza Otamarę. O co więc chodziło? Przez wiele lat zadawałem sobie to pytanie i nie znajdowałem na nie odpowiedzi. Dopiero, Janusz Kędzierzawski, dwadzieścia sześć lat później, gdy składałem mu, przez telefon, życzenia imieninowe i przy tej okazji wróciliśmy do wspomnień trafnie zauważył: sianie zamętu, to też była wtedy i jest, niestety, dzisiaj metoda. Konfliktem w redakcji PKF zajmowała się także Podstawowa Organizacja PZPR. Powołano komisję do zbadania sporu. W skład komisji weszli: Witold Czerwiński, Edward Marciszewski i Jerzy Ziarnik. Komisja pracowała wolno i systematycznie. Ogłosiła swoje sprawozdanie 4 stycznia 1982 roku, a więc w czasie, gdy wszelkie spory rozstrzygnięto, wprowadzając stan wojenny. Ten dokument przytaczam w całości z kronikarskiego obowiązku i dlatego, że jest to dokument obrazujący sposób myślenia w tamtych czasach. Oto tekst sprawozdania (w oryginalnym brzmieniu): „Komisja stanęła przed wyjątkowo trudnym zadaniem i stwierdziła, że nie może się zajmować wyjaśnianiem plotek, pomówień, czy też dochodzić prawdy we wzajemnie sprzecznych relacjach dwóch stron z rozmów odbywających się w cztery oczy. Komisja na podstawie przeprowadzonych rozmów oraz kilkakrotnego przeglądu spornego materiału ze zjazdu Solidarności z towarzyszącymi wyjaśnieniami różnych osób w redakcji kroniki, W.F.D. w tym również z tow. Otamary doszła do następujących wniosków: 1/ Komisja nie jest w stanie zrozumieć dlaczego wokół w/w materiału ze zjazdu Solidarności zrobiono tyle szumu. Wiadomo przecież, że o ostatecznym kształcie każdego filmu, a w tym konkretnym przypadku planowanego specjalnego wydania kroniki decydują dwa czynniki - obraz i dźwięk, a ściślej komentarz. Ponieważ, co jest zrozumiałe, komentarza jeszcze nie było, a obraz był zaledwie podmontowany, komisji wydaje się dziwne, że ktokolwiek mógł opiniować autorytatywnie, iż ów materiał jest naprzykład skierowany przeciw Solidarności, jak to wynikało z opinii osób z grona realizatorów W.F.D., oraz działaczy Solidarności, którym tow. Chrzanowski pokazywał materiał. Na marginesie tej sprawy komisja wyraża zdziwienie, że tow. Chrzanowski, który według obyczajów panujących w redakcji kroniki ma głos decydujący w sprawie ostatecznego kształtu kroniki i nie raz robił to wbrew opinii autorów poszczególnych tematów, czy całych kronik, tym razem nie skorzystał ze swoich uprawnień ( skorzystałem i przekazałem materiał do archiwum - przyp. M.Ch.) i nie wypuścił kroniki ze zjazdu Solidarności zgodnie ze swoimi poglądami na sprawę. 2/ Komisja uznała za nie odpowiadający prawdzie zarzut tow. Otamary, iż materiał został przemontowany przed pokazaniem go komisji, a ponieważ trudno przypuszczać, żeby tow. Otamara nie pamiętał jak wyglądał materiał zmontowany przy jego udziale, nasuwa się wniosek, że chciał komisję wprowadzić w błąd. 3/ Tow. Otamara pojechał z własnej inicjatywy na drugą turę zjazdu Solidarności, by jak twierdził walczyć o swoje dobre imię. Dziwić się należy, że długoletni członek partii zamiast zwrócić się do POP, czy do wyższych władz partyjnych, zwracał się do wyższych działaczy Solidarności. Komisja musi uznać takie działanie za nie licujące z postawą członka partii, tym bardziej, że tow. Otamara walcząc o swe dobre imię przy okazji oczerniał innych. Choć w rezultacie nie doszło do odczytania z trybuny zjazdowej Solidarności listu, jaki tow. Otamara przygotował, to sam fakt, że list o podobnej treści tow. Otamara napisał, a następnie konsultował z działaczami solidarności świadczy źle o nim i nie tylko jako o wieloletnim członku partii, ale zwyczajnie o człowieku. Wiadomo, że w napiętej atmosferze politycznej jaka była w Polsce w czasie trwania zjazdu, najgłupsze nawet plotki mogą znaleźć chętnych do uwierzenia, ale plotka o rzekomym planowanym wkroczeniu wojsk radzieckich przestaje być w takiej sytuacji zwykłą plotką i o tym tow. Otamara powinien sobie zdawać sprawę." O Polskiej Kronice Filmowej napisano już kilka prac magisterskich, nie mogę podjąć z nimi polemiki, bo nie zostały opublikowane. W innym miejscu polemizuję z panem, który oceniając kronikę zdobył tytuł doktora nauk... Zarówno w pracach magisterskich jak i w doktorskim elaboracie dominuje jedna cecha wspólna: ignorowanie faktów i warunków, w jakich redagowałem Polską Kronikę Filmową. Znamienne, że wszyscy autorzy pominęli dokumenty, na które ja się właśnie powołuję. Można to od biedy wybaczyć panom magistrom, ale panu doktorowi już nie. Znamienne, że magistrzy i doktor nauk nie dostrzegli w wydaniach kroniki nurtu krytycznego. Obraz Polski Ludowej pokazywany w PKF bulwersował premiera Piotra Jaroszewicza. Nie różnił się jednak od obrazu sekretarza partii z Limanowej, ale bardzo się różnił od tego, jaki prezentowała telewizja Macieja Szczepańskiego. Pokazywaliśmy kłopoty ludzi pracy, nieudolność władz i marnotrawstwo. Często o ważnych sprawach mówiliśmy żartem, nie rezygnowaliśmy z kpiny. To prawda, Polska Kronika Filmowa nie krytykowała wprost realnego socjalizmu. A dlaczego tak się działo opowiem w rozdziale ostatnim.

Fotografie